Dzień dobry,

wchodzimy w drugi miesiąc funkcjonowania „Ładnych mi rzeczy” w niniejszej formule. Jednocześnie, zebraliśmy już wokół tytułu tysiąc Czytelników - otwieramy tym samym „drugie”, również i na tym polu.

W tym tygodniu, redaktor Marek V. wybrał się do kina, na filmową „Odyseję”. Seans był nietypowy - można było przecież odnieść wrażenie, że większość dyskusji o filmie przetoczyła się przez komentariat jeszcze zanim nastąpiła jego właściwa premiera.

Redaktor rozglądał się po sali, poszukując osób, które przyszły na film z góry nim zawiedzione - a nie ten aktor, a nie ten starogrecki, a to niewłaściwy strój, a w ogóle to zły statek i łuk. Osoby te, pomyślał sobie redaktor, mają być może do reżysera pretensje, że dostarczył on im film w kształcie, jaki podobał się jemu - a nie im.

Gdy na kolegium redakcyjnym Marek V. opowiadał tę historię, Ernest Przemingway spał wprawdzie w fotelu z kapeluszem na twarzy, lecz Stocktavian August dostrzegł tutaj pewną analogię, która przyświeci części tego numeru.

„Nie tak miało być” - mówią niektórzy widzowie, piłkarze wybranych polskich drużyn (oraz ich kibice), a także, przede wszystkim w ostatnich kilkunastu tygodniach, giełdowi inwestorzy poszczególnych sektorów. Mówią, mówią, ale ich słowa padają na uszy zaklejone woskiem - życie robi, co chce!

Jeżeli byliby Państwo gotowi wspomóc nas w naszym ambitnym celu poszerzenia grona Czytelników „Ładnych mi rzeczy”, przypominamy, że przesyłając niniejsze wydanie swoim znajomym, przyjaciołom czy rodzinie, wyświadczają nam Państwo przysługę - za co dziękujemy.

Do lektury,

Stocktavian August

SPIS TREŚCI:

1/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),

2/ Jakie formularze składają amerykańskie fundusze inwestycyjne? (SA),

3/ Jakie dane warto śledzić dla planowania firmowej płynności? (SA),

4/ Co słychać u naszego performera (MV, EP)

Skrócony Briefing Giełdowy

Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.

Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.

Niniejsze wydanie briefingu w zasadzie w każdy dzień tygodnia mogło dotyczyć czego innego - gdyby pisać je w środowy wieczór, trudno byłoby znaleźć wiele logiki czy sensu w obserwowanych na parkiecie ruchach.

Nadszedł jednak czwartek i rzekoma likwidacja publicznego portfela funduszu Situational Awareness - instytucji, która była swego rodzaju symbolem całego AI Trade. Zdarzenie to stawia ostatnie tygodnie tradingu w ciekawym świetle - zastanawiać można się, czy inne fundusze zwietrzyły skoncentrowane pozycje i grały na ich spadki?

Jeżeli dowiemy się kiedyś nieco więcej, będzie to z pewnością scenariusz filmu w rodzaju „Big Short”. Niezależnie jednak od tego, co stało za ostatnimi tygodniami wyjątkowo systematycznych spadków w obszarze momentum / ai / growth - czy była to mikrostruktura i mechanika wywołana przez uczestników rynków, czy jedynie funkcja wielu ich niepowiązanych zachowań - stwarza to obecnie swego rodzaju „nową sytuację”:

→ rynek wyczyścił się być może z kilkudziesięciu - kilkuset tysięcy zlewarowanych pozycji inwestorów indywidualnych, skoncentrowanych w szczególności w Korei Płd

→ rynek utracił „patrona” AI Trade, którego każdy ruch śledzony był z nabożną czcią

→ poszczególni regulatorzy (w szczególności koreańscy) rozpatrują mechanizmy ograniczające możliwość wykorzystywania przez inwestorów indywidualnych tzw. lewarowanych etf-ów

Powyższe może oznaczać kilka rzeczy - może, ponieważ ktokolwiek, kto obecnie mówi Państwu jak będzie ma w sobie coś z szarlatana - nikt tego nie wie, a obecny tydzień jest bodaj najlepszym przykładem tego, że do pewnego stopnia, wszyscy błądzimy we mgle. A zatem, powyższe może oznaczać kilka rzeczy:

→ mniejsza ilość dźwigni złagodzi dzienne wahania i turbulencje cenowe w dłuższym terminie

→ notowania spółek przestaną być o tym, jak wiele presji zakupowej wywołują na nie potrójnie lewarowane etfy, a zaczną być bardziej o ich rzeczywistych fundamentach

Z boku wydawać się może niekiedy, że te kwestie nie powinny ważyć tak dużo - o dużych ruchach cenowych decydować miały zakupy instytucjonalne lub wyniki kwartalne.

Osobiście, wpływ zlewarowanych koreańskich inwestorów po raz pierwszy odczułem późnym 2024 rokiem, na tzw. quant trade. Stosunkowo wcześnie dokonałem wówczas zakupu akcji pewnej spółki z tej kategorii, dostrzegając rosnące nią zainteresowanie. (Ci spośród Czytelników, którzy śledzili wówczas profil Redakcji na twitterze, pamiętają zapewne której i w jakiej cenie).

Nie dostrzegając jednak wielu powodów fundamentalnych do dalszych wzrostów, sprzedałem akcje spółki po uzyskaniu relatywnie wysokiego zwrotu w bardzo krótkim czasie. Jakież było moje zdziwienie, gdy kategoria ta w kolejnych miesiącach stała się ulubioną koreańskich inwestorów indywidualnych - i rosła jeszcze przez kolejne miesiące!

Wiele wyjaśnił mi wówczas artykuł zaprzyjaźnionej redakcji Financial Times, pt. „Squid Game Market” z listopada 2025 r. Mogliśmy dowiedzieć się z niego, że:

→ Koreańczycy odpowiadają za połowę dziennych obrotów na swoich giełdach lokalnych

→ przykładowo w quantowej spółce IONQ, posiadali oni 25% wszystkich (!) jej akcji

→ potrafili oni wykupić 30% całego kapitału zakładowego spółki Beyond Meat w trakcie jej krótkiego, spekulatywnego wzrostu

Czy zatem obserwowane wczoraj bardzo silne i pierwsze od dłuższego czasu wzrosty na spółkach tech / ai / growth będą podtrzymane w kolejnych tygodniach, gdy zabraknie być może im spekulacyjnego paliwa oraz merytorycznego patrona?

A może czeka nas uspokojenie wahań na wielu spółkach oraz rotacja kapitału w sposób bardziej rozproszony i fundamentalny?

A może - wreszcie - niewiele się zmieni? Kolejne tygodnie powinny przynieść nam nieco więcej jasności.

Stocktavian August

Jakie formularze składają amerykańskie fundusze inwestycyjne?

Każda osoba śledząca rynki finansowe nawet z nieszczególnie dużą wytrwałością, natyka się co kilka miesięcy na informację o „zakupach dużych funduszy”.

Czym one są?

→ każdy podmiot zarządzający co najmniej 100 mln USD, zobowiązany jest do złożenia kwartalnego sprawozdania

→ sprawozdanie to składa się do amerykańskiego organu nadzoru w ciągu 45 dni od dnia zakończenia kwartału kalendarzowego

→ w raporcie tym wyszczególnia się długie pozycje w wybranych papierach z listy SEC, w tym w akcjach oraz niektórych opcjach

→ raport taki oznacza się nazwą „13F”

(są jeszcze inne raporty, publikowane przy zajęciu ponad 5% pozycji w danej spółce, różne w zależności od intencji w stosunku do niej - o nich innym razem)

Oznacza to, że:

→ z raportów nigdy nie poznamy całego portfolio - nie wiemy, czy pozycje długie korespondują z krótkimi, nie wiemy, czy dane opcje są elementem jednej strategii itp. Tym samym, przy funduszach stosujących zaawansowane strategie, nie wolno nam wyciągać z tych raportów zbyt wielu wniosków

→ pozycji krótkich (shortów) w tych raportach nie zobaczymy

→ raporty są „zdjęciem” na ostatni dzień kwartału, które poznajemy 45 dni później - ich aktualność bywa wątpliwa, w szczególności przy funduszach często rotujących pozycjami

→ raporty najwięcej mówią nam w przypadku funduszy „starej szkoły”, posiadających niewiele pozycji, które nie są często wymieniane. Wówczas, nowa pozycja w portfolio - lub sprzedaż długoletniej - jest ciekawą informacją wartą zgłębienia. W przypadku większości pozostałych funduszy - jest to raczej informacyjny zgiełk!

Stocktavian August

Jakie dane warto śledzić dla planowania firmowej płynności?

W wielu firmach planowanie finansów odbywa się w dość podstawowym zakresie. Pieniądze od kontrahentów spływają na konto, są wydawane zgodnie z fakturami lądującymi na biurku osoby wykonującej przelewy, właściciele częściej lub rzadziej spoglądają na konto i odkrywają, ile tak naprawdę mają gotówki.

Tymczasem, przy podstawowej higienie, każdy zarządzający powinien potrafić przewidzieć jakimi środkami będzie dysponował na co najmniej kilka tygodni do przodu.

Podstawowe czynności niezbędne do wprowadzenia takiego procesu:

→ stworzenie jakiegokolwiek arkusza, w którym śledzone będą takie informacje oraz znalezienie osoby, która się nim zajmie

→ stworzenie cotygodniowej rutyny, w której arkusz jest wypełniany, a następnie omawiany na spotkaniu z osobami zarządzającymi firmą (takie spotkanie powinno trwać tak naprawdę 10-15 min). Rutyna jest bardzo ważna - nie należy odpuszczać ani uzupełniania, ani omawiania arkusza - wyjątki bardzo szybko wchodzą ludziom w nawyk

→ stworzenie systemu, który umożliwi łatwy przegląd wszystkich faktur, jakie są w firmie do zapłacenia (tych systemów, również darmowych, jest wiele)

→ posiadanie analogicznego systemu z fakturami, z których firma oczekuje zapłaty - bardzo istotne, aby umożliwiał on podgląd, w jakim średnim terminie dany kontrahent opłaca zamówienia - dzięki temu możemy wstępnie zaprognozować, w którym tygodniu odnotujemy wpływ na naszym rachunku

→ planowanie, jakie płatności mają w danym tygodniu opuścić firmowy rachunek i trzymanie się tak ustalonego planu

→ rejestrowanie w arkuszu poziomu niespłaconych faktur, tak aby móc na podstawie tej informacji decydować, czy dany segment (np. do 30 dni, 30 - 60 dni, powyżej 60 dni) wymaga dodatkowej atencji

(Fun fact → analogiczny arkusz, być może w mniejszej, miesięcznej kadencji i po odpowiednim dostosowaniu - można z powodzeniem prowadzić dla domowych finansów).

(Jeśli prowadzą Państwo firmę z rocznymi przychodami powyżej 5 mln PLN, mogą Państwo napisać do mnie email - podeślę wzór arkusza do rejestrowania tego rodzaju przepływów).

Stocktavian August

Co słychać u naszego performera?

W jednym z poprzednich wydań „Ładnych mi rzeczy”, zamieściliśmy fragment książki, jaką pisał przed laty Ernest Przemingway. Bardzo niewielka część z Państwa dopytywała w mailach o dalsze przygody bohatera - skoro zaś, jak wiemy ze wstępu, obecne wydanie jest wchodzeniem w „drugie części”, zamieścimy pod spodem drugi rozdział owej książki, nadal nie będąc przekonanymi, czy na pewno warto ją czytać.

Poniższy tekst w pewnym sensie pasuje mi do ostatnich kinowych dyskusji - dlaczego bowiem Ernest pozwala sobie na zawłaszczenie do swojego tekstu malarstwa El Greco, wprowadzenie do niego Papieża Tomasza, który imię swoje przyjmuje po niedowierzającym Apostole (skoro nigdy nie było Papieża Tomasza!), a bohaterów prowadzi przez życie w sposób, który części Czytelników może wydawać się odpychający?

Odpowiedź na to pytanie jest, jak mi się zdaje, bardzo prosta - i przyświecała ona być może również Nolanowi, kiedy dumał nad swoją Odyseją; ni mniej, ni więcej, jest to po prostu historia, którą chce on opowiedzieć.

Marek V.

Oto owy tekst:

Zapewne podążyłbym drogą wyznawcy wygodnej ścieżki; umówmy się, naprawdę nie jarałoby mnie bycie Modiglianim, rozpalającym z zimna książkowe ogniska. Wszystko jednak niechcący zmieniła kobieta - bo przecież jedynie kobieta ma moc, aby zmienić wszystko. Małgorzata, o najbardziej promiennym uśmiechu w mieście. Prawdopodobnie nie zostałaby ze mną na dłużej niż tydzień czy dwa, gdyby nie jej pies.

Zbieg tych dwóch istot przysłużył się do powstania performensu, który odmienił moje życie. „Pies mi umiera” sam w sobie nie był nawet niczym szczególnym: chciałem tylko pokazać, że małe pieski, które kupujemy dzieciakom, są słodkie tylko do czasu, że i one przechodzą przez całe to gówno umierania, często wówczas, gdy obdarowane nimi pociechy opuściły już dom rodzinny; dołuje nas to jeszcze bardziej w tym jakże dziwnym, wczesnym wieku przedemerytalnym.

Performens, o którym sam stosunkowo szybko bym zapomniał: czuję się staro, mój pies też coś nie domaga. Jak się mierzy psu temperaturę, jak mu ulżyć? To w sumie jest już jak członek rodziny, jak dziecko, chce się rozpaczać po psie jak po dziecku, grzebać psa jak dziecko, wpadać po nim w depresję jak po dziecku, robić mu ostatnie pożegnanie. Umieranie pieska to był taki jakby substytut uczuć po śmierci, umieranie w wersji light.

Przypadek postanowił jednak, że do knajpy, w której odgrywałem „Pies mi umiera” wpadł dyrektor portalu YouTube na nasz region, zaproszony przez swojego młodego chłopaka o inklinacjach muzycznych, zresztą znajomego Małgorzaty. Niezwłocznie po zakończeniu performensu zostałem zaczepiony przez wspomnianego dyrektora; zaproponował mi udział w testowym programie ambasadorów treści, który właśnie inicjowali. Stała pensja pięciu tysięcy euro na rękę i umowa na co najmniej pół roku przekonały mnie od razu. Miły pan z YouTube desperacko potrzebował ciekawych nazwisk do projektu, który przesłali mu z centrali, ja – sam nie wiem czego, chyba po prostu jakieś mniej stabilnej, a jednak bezpiecznej odmiany, aby móc choć na chwilę oderwać się od reklamowania rzeczy, których sam nigdy bym nie kupił.

Wątpię, aby ktokolwiek mógł wówczas spodziewać się, że to aż tak wypali.

Jeszcze tej samej nocy dokonałem rejestracji swojego kanału na portalu. W polu „nazwa kanału” wpisałem LUDZIE, KTÓRZY MNIE PRZEŻYJĄ, będąc przekonanym, że będzie ona dostępna od ręki. W istocie, rejestracja przebiegła bez problemu. Następnego dnia, de facto zwalniając się w agencji reklamowej, dopuściłem się niewielkiego oszustwa: nie będąc przekonanym co do całego tego internetowego przedsięwzięcia, dałem jedynie znać o woli dokonania bezpłatnych, półrocznych wakacji metafizyczno-medytacyjno-poszukiwawczych. Takie pierdoły były wówczas strasznie w modzie, więc szef klepał to wszystkim w obawie przed pozwami o dyskryminację. Całość określiłem we wniosku urlopowym jako projekt performensu „180 dni ciszy, 360 lat krzyku”; przeczuwałem, że zabrzmi to wystarczająco idiotycznie, aby uznano, że to coś wyjątkowo inteligentnego.

Kontrakt z YouTube zakładał wrzucenie co najmniej jednego filmu w tygodniu, co sobotę; nawet dzień zwłoki upoważniał portal do wypowiedzenia mojej umowy ze skutkiem natychmiastowym. Udostępniono mi również zespół, który zdalnie pomagać miał mi w ogarnianiu rekwizytów, kwestiach organizacyjnych, kręceniu, montażu i produkcji. Jako pierwszy film zdecydowałem się wrzucić właśnie „Pies mi umiera”, dyrekcja programowa była zresztą temu niezwykle przychylna – uważali, że to niecodzienne połączenie poważnych treści z lekką formą może być uniwersalnie przystępne. Po pierwszym tygodniu, gdy mój kanał zasubskrybowało 106 tysięcy osób a słupki zaangażowania nieustannie przebijały sufit, wiedziałem już, że oto spełniało się moje największe życiowe marzenie.

Oto dopełniała się moja odwieczna bezambicja.

Już nigdy nie będę musiał pracować.

Ernest Przemingway

Dziękujemy za lekturę!

Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl

Co można jeszcze przeczytać, jeśli ma się ochotę: