Dzień dobry,

to trzecie wydanie „Ładnych mi rzeczy”. Jest to zarazem wydanie ostatnie - w trakcie trwania Mundialu.

Marzył mi się finał Anglii z Francją, który objąłby polityczne imaginarium Henryka V Lancastera, ostatecznie jednak w pełni zadowoli mnie mecz nawiązujący do Karola V Habsburga - zwłaszcza, że grające w nim drużyny są chyba zwyczajnie lepsze.

Tego rodzaju historyczne odniesienia są wprawdzie niewinne w przypadku imprez piłkarskich, jeśli jednak nie zachowamy ostrożności - mogą stać się dla nas kłopotliwe. (Prawdę tę odkrywają obecnie boleśnie inwestorzy sektorów kosmicznego, pamięci oraz neoclouds).

Być może będą to jedynie przejściowe turbulencje, być może trwałe złamanie momentum - jak pisaliśmy w pierwszym wydaniu, w naszym piśmie nie znajdą Państwo gotowych inwestycyjnych wyroków. Nie przeszkodzi to nam jednak wspólnie zastanowić się nad tym, czy “bottleneck trade” istniał naprawdę, czy też raczej ktoś nabił nas w butelkę.

Zwyczajowo, realizując strategię growth hackingową naszej jakże ambitnej Redakcji, przypomnę, że przesyłając niniejsze wydanie „Ładnych mi rzeczy” swoim bliskim lub znajomym, pomogą nam Państwo we wzroście. Otrzymaliśmy już nawet pierwszą ofertę reklamową, uznaliśmy jednak, że nasi Czytelnicy nie powinni być zamęczani linkami afiliacyjnymi usług finansowych - i odmówiliśmy.

Do lektury,

Stocktavian August

[email protected]


SPIS TREŚCI:

1/ Przegląd informacji z rynku wraz z komentarzem (SA),

2/ Czy „bottleneck trade” istniał naprawdę? (SA),

3/ Dlaczego Filmweb nie przegrał z IMDb? (SA),

4/ Stare płyty (MV),

5/ O dwóch książkach cudzych i jednej własnej (EP)


Przegląd informacji rynkowych.

Kalshi uruchamia predykcyjny rynek dla biotechów (16 lipca 2026)

SA: Popandemiczny boom spekulacyjny pomógł w szerokiej adopcji prediction markets (rynków predykcyjnych), który otwierały kilka nowych możliwości:

-> pozwalały objąć sferą finansową zdarzenia dotąd jej neutralne (prognoza pogody, wydarzenia w świecie rzeczywistym, predykcje polityczne)

-> pozwalały skierować quasi instrument pochodny do inwestora indywidualnego, dotąd wyłączonego z niektórych typów inwestycji (przykładowo - wycena firm na rynku prywatnym)

W konsekwencji, prediction markets stały się bardzo łatwo dostępnym, zgrywalizowanym sposobem na zagospodarowanie nadwyżek finansowych ich użytkowników.

W tych nowych rozwiązaniach bardzo szybko wystąpiły wprawdzie zupełnie stare problemy (insider trading), bezsprzecznie jednak prediction markets zaczynają stawać się alternatywnym sposobem, w jaki uczestnicy rynków wyrażają swoje przekonania.

Jednym z obszarów działalności tych uczestników był sektor biotech - sektor trudny, z wielu różnych powodów, do których zaliczyć można:

-> pojawienie się na rynkach publicznych innych sektorów oferujących ponadprzeciętne zwroty, przy mniej binarnym charakterze inwestycji

-> co do zasady, zwiększenie częstotliwości i rozmiarów publicznych emisji akcji w ostatnich latach

Jeśli ktoś chciał dokonać inwestycji związanej z wynikiem badań klinicznych, do tej pory pozostawało mu dokonać inwestycji w akcje podmiotu te badania prowadzącego.

Wówczas to jego “zakład” musiał uwzględniać nie tylko samą “naukę” stojącą za badaniem klinicznym, ale również wszelkie kwestie korporacyjne oraz dynamikę rynkową związaną z wybraną spółką.

Objęcie badań klinicznych rynkami predykcyjnymi w teorii eliminuje te ryzyka. Otwiera to oczywiście szeroki katalog potencjalnych ryzyk, do których moglibyśmy przykładowo zaliczyć:

-> ogromna liczba osób przeprowadzających badanie ze strony personelu medycznego, co rodzi zestaw nieprecyzyjnych ryzyk etycznych i finansowych

-> możliwość uruchamiania badań wyłącznie w celu ich objęcia zakresem “zakładu”, co rodzi ryzyka dla pacjentów nimi objętych

Dynamiczny rozwój rynków predykcyjnych stawia nas jednak zawsze nie przed pytaniem “czy”, lecz raczej “jak” - poznaliśmy pierwszy zestaw zabezpieczeń, jakie planuje wdrożyć Kalshi.

Obejmują one między innymi:

-> otwarcie zakładu dopiero wówczas, gdy rekrutacja uczestników do badania zostanie zakończona

-> każdorazową ocenę, czy uczestnikiem zakładu nie jest ktoś z grona “insiderów”

Biorąc pod uwagę wiele ryzyk związanych z inwestowaniem w publiczne spółki z sektora biotech, prediction markets w tym zakresie mogą zyskać popularność - w szczególności wśród inwestorów indywidualnych, w tym sektorze nierzadko lekarzy oraz naukowców.

Drugorzędową konsekwencją może być z kolei dalsze osłabienie czysto spekulacyjnego popytu na akcje najmniejszych biotechów. Inwestor, który chce wyrazić pogląd wyłącznie na temat wyniku badania, nie będzie już musiał bowiem kupować całego przedsiębiorstwa wraz z jego bilansem, zarządem i ryzykami kolejnych emisji.

Czy “bottleneck trade” istniał naprawdę?

Każdy kto w ostatnich miesiącach choćby minimalnie interesował się rynkami finansowymi, słyszał z pewnością o dwóch rzeczach: tzw. “AI infrastructure buildout” oraz “bottleneck trade”.

Pierwsze oznacza ni mniej, ni więcej, rozbudowę całego ekosystemu fizycznie niezbędnego do obsługi procesów sztucznej inteligencji - centra danych, elektrownie, sieci przesyłowe itd.

Drugie, “bottleneck trade” oznacza zrodzone w głównej mierze na twitterze zjawisko, w którym konta z dużą liczbą obserwujących identyfikują problematyczne części rozbudowy oraz firmę, która ma im zaradzić.

Mogą to być kwestie od dużych i pojemnych, jak np. “energia - turbiny gazowe”, po naprawdę drobne części i elementy, jak przekaźniki, transformatory, materiały niezbędne w jednym drobnym elemencie całego procesu.

“Bottleneck trade” dość szybko stał się swoistą karykaturą zjawisk obserwowanych na giełdzie w 2021 roku. Wówczas również istniała dynamika “dużych kont” oraz ich obserwujących, kupujących gromadnie natychmiast po rekomendacji.

Obecne “wydanie” miało jednak szereg istotnych różnic:

-> materiały publikowane przez duże konta miały nierzadko na pierwszy rzut oka charakter dobrze przygotowanego researchu, były bardzo specjalistyczne (choć sprawne oko często dostrzegało w nich wytwór chata gpt)

-> materiały wskazywały najczęściej na niewielkie spółki, nierzadko nie tylko z giełdy amerykańskiej, z niewielkim floatem - co bardzo utrudniało funduszom zajmowanie krótkich pozycji

-> wpisy niemal zawsze posługiwały się szacowanymi przychodami lub wielkością zapotrzebowania - nigdy wyceną rynkową, mnożnikami wyceny

-> konta bardzo szybko urosły - niektóre nawet do miliona obserwujących - zaś ich rekomendacje powodowały kaskadę natychmiastowych zleceń zakupu

Wszystko powyższe można oceniać negatywnie z punktu widzenia rynkowej dynamiki, oderwania od fundamentów, “zatłoczenia” danej inwestycji - nie dowodzi to jednak jeszcze samo w sobie, że dana spółka nie jest w istocie elementem “bottleneck trade”.

Tu jednak dochodzimy do sedna, tj. braku analizy konkurencji:

-> wpisy najczęściej identyfikowały wybrany element “infrastructure buildout”, odnosząc się niemal zawsze do obecnego braku - nie wskazując, czy którakolwiek z większych firm pracuje nad jego rozwiązaniem, obejściem, zmianą

-> wpisy niemal nigdy nie skupiały się na mocy przetargowej dużych firm, zawsze projektując przeszłe ceny jednostkowe na zwiększone zamówienia w przyszłości

-> wpisy niemal zawsze pomijały faktyczną analizę konkurentów, w szczególności spoza rynków publicznych - to bardzo istotne w przypadku tego sektora

(Obecność spółki na rynku publicznym, w szczególności niewielkiej, oznacza bowiem niekiedy, że 1/ nie mogła dłużej pozyskać finansowania z rynku prywatnego, lub 2/ jest notowana na rynku już bardzo długi czas i obecnie próbuje podłączyć pod atrakcyjny dla inwestorów indywidualnych trend).

-> wpisy niemal zawsze pomijały istnienie chińskiej konkurencji oraz jej potencjalnego wpływu na ceny

Barwnym przykładem takiego postępowania jest niedawny post portalu “Space and technology” na twitterze.

W poście tym pokazano niewielki robot dostawczy firmy RIVR, zaś w dyskusji pod postem, użytkownicy zastanawiali się, czy korzysta on z czujników lidar firmy Ouster - która przedstawiana była zewsząd jako lidarowy “bottleneck trade” dla całego przemysłu robotyki.

Tymczasem, uczestnicy dyskusji rozpoznali zastosowany czujnik jako znacznie tańsze rozwiązanie, najprawdopodobniej produkowane przez Robosense, którego istnienia inwestorzy Oustera w wątku nie byli świadomi.

Czy zatem “bottleneck trade” rzeczywiście istniał? Bezspornie tak, jako zjawisko rynkowe: narracja przyciągała kapitał i pozwalała części inwestorów osiągać wysokie krótkoterminowe zwroty. Osobnym pytaniem jest jednak, czy wskazywane bottlenecks istniały, a zwłaszcza czy wskazywane spółki miały rzeczywistą zdolność zmonetyzowania tworzonej przez nie wartości.

“Bottleneck trade” niekoniecznie istnieje też w rozmiarze i rodzaju wieszczonym przez twitterowe konta - niezbędna jest zawsze dogłębna analiza konkurencji, cen oraz rzeczywistej relacji podaży i popytu na danym odcinku łańcucha.

(Jeśli prowadzą Państwo fundację rodzinną, family office, fundusz lub inny wehikuł inwestycyjny - mogą Państwo napisać do mnie email, pokażę na konkretnym przykładzie i raporcie sell-side, w jaki sposób przeprowadzić tego rodzaju analizę konkurencji, dostawców i rzeczywistego zapotrzebowania).

Stocktavian August



Dlaczego Filmweb nie przegrał z IMDb?

Polski internet to bardzo ciekawe miejsce. Mamy tutaj dwadzieścia kilka milionów aktywnych niemal codziennie internautów, dobre systemy płatności, dystrybucji, konsumentów przyzwyczajonych do dokonywania zakupów i testowania nowinek. A jednak, kiedy amerykańskie startupy dojrzewają do ekspansji, rzadko myślą o naszym kraju.

Konsekwencją powyższego jest bardzo intrygująca dynamika. Wiele osób nieustannie podpatruje bowiem sprawdzone zagraniczne koncepty i próbuje powtórzyć je na naszym rynku, dysponując jednocześnie sporą ilością czasu, zanim zagraniczny konkurent spróbuje wejść do Polski.

Z takiej dynamiki skorzystały choćby Allegro, Filmweb, Nasza Klasa - przykładów jest wiele.

(Choć, wiele z nich pochodzi raczej z przeszłości.Nasz rynek staje się coraz bardziej zasobny i wartościowy - zachodnie startupy myślą o nim coraz szybciej, skracając to “okienko możliwości”).

Kiedy zagraniczny konkurent próbuje wejścia na nasz rynek, bardzo często zastaje już ukształtowane przyzwyczajenia użytkowników. W teorii można by stwierdzić, że ktoś inny “wychował” im konsumentów i teraz sami, marketingiem lub lepszą usługą, przejmą ich po prostu do siebie.

 Jednakże, rzecz rzadko bywa taka prosta:

-> Allegro to nie sam marketplace, ale przede wszystkim dostępność ofert, zaufanie (ważne w PL), płatności oraz dystrybucja (proszę spojrzeć, jaki sprzeciw użytkowników wywołują próby zmian w tej ostatniej)

-> Filmweb to nie sama baza filmów, lecz konta użytkowników, fora, komentarze (podobną przewagę, do pewnego stopnia, wykorzystuje Wykop nad Redditem)

Aby przejąć użytkowników lub zachęcić ich do równoległego korzystania ze swojej usługi, zagraniczny konkurent musi więc oferować coś “ekstra” lub część usług wykonywać wyraźnie lepiej od polskiego konkurenta - obserwowaliśmy to na przykładzie relacji polskich banków z Revolutem (silny marketing + wycinkowo lepsza usługa).

Dlaczego zatem Filmweb miał szansę zaistnieć na naszym rynku?

-> rynek rozwinięty, ale mniej atrakcyjny od wielu innych

-> zasób przedsiębiorczych osób gotowych kopiować najbardziej obiecujące koncepty i dobrze je rozwijać

-> skłonność Polaków do testowania nowinek oraz jednoczesna niechęć do porzucania czegoś “co działa”

Filmweb nie konkurował zatem nigdy z IMDb jako “baza danych o filmach” - wygrał jako polska społeczność zbudowana wokół tej bazy, zanim IMDb zdążyło taką warstwę w Polsce stworzyć.

(Trudnością z kolei dla polskich portali jest następcza ekspansja zagraniczna - tam jest już ich pierwowzór lub … lokalny konkurent! To dlatego tak często nasze technologiczne firmy zdobywają wyłącznie - tylko i aż - nasz polski rynek).

Stocktavian August



Stare płyty.

Kiedy ktoś niepytany oznajmia, że lubi “jazz”, trudno tak naprawdę stwierdzić, o czym w ogóle mówi, choć nierzadko będzie też lubił kawę “specialty” - o czym też nam oczywiście powie.

Jazz jest bowiem gatunkiem bardzo złożonym - podziały wyznaczać można według wielu różnych przesłanek, łącznie i z tą, że jazz bywa zwyczajnie męczący, kiedy służy muzykom do popisów kosztem publiczności. (A popisywać się nierzadko mogą, bo jest to muzyka trudna i wymagająca wielu umiejętności).

Jazz bywa bardzo romantyczny - i świetnie nadaje się wtedy na randki (Chet Baker jest ich mistrzem) - bywa roztańczony, bywa nieco bardziej poukładany.

A zatem, dobrze widać, że kiedy ktoś mówi nam, że “lubi jazz” - nie wiemy, o czym tak naprawdę mówi. Ja na przykład też lubię jazz; kiedy byłem młodszy, zasłuchiwałem się w Bakerze właśnie, potem stawiałem w większej mierze na Billa Evansa, który jest do Cheta Bakera tym, czym Bach jest w relacji do Chopina.

Lubię też Coltrane’a, więc wykorzystamy go, aby polecić płytę szczególnie dobrą. John Coltrane był liderem i gwiazdą wszystkich swoich nagrań, w omawianym albumie dopuścił się jednak pewnego wyjątku - równoważnym jego partnerem stał się obdarzony cudownym głosem Johnny Hartman.

Z dzisiejszej perspektywy, w której nazwisko Hartmana nie jest szczególnie znane, zaskakuje fakt, że musiał on dać się do udziału w nagraniu przekonywać. Album (“John Coltrane and Johnny Hartman”) nagrano szybko, w marcu 1963 roku, niemal za jednym podejściem.

Powstał z tego zestaw ballad, które warto mieć z tyłu głowy, na wieczór w którym pomyślimy “lubię jazz” - i powiemy to tylko do siebie.

Marek V.



O dwóch książkach cudzych i jednej własnej.

Niedawno na twitterowym profilu naszej Redakcji, Ernest Przemingway zamieścił zestaw książek, których lekturę poleca. Poniżej, Ernest przedstawi go częściowo ponownie, dopisując po trzy lub cztery zdania wyjaśnienia swojego wyboru.

Mamy nadzieję, że nie będzie zbytnio uciekał myślami i rzeczywiście przekaże nam powody swoich decyzji.

Następnie, pod zestawieniem, znajdą Państwo fragment pierwszego rozdziału własnej książki Ernesta, skoro bowiem gotów jest oceniać innych, niech sam takiej ocenie się podda.

(Książka miała kiedyś zostać wydana, autor zdecydował się jednak ostatecznie odłożyć jej publikację na kilkanaście lat, aby lepiej ocenić, czy w istocie ma coś do powiedzenia).

A zatem,

Lista książek, które warto przeczytać

(część pierwsza, z czterech)

-> “Stary człowiek i morze”, Ernest Hemingway

To bardzo intrygująca książka, jeśli bowiem chwycimy po nią w młodym wieku, będzie o całym wszechświecie rzeczy - jeśli zaś zrobimy to nieco później, jej przesłanie wyda nam się uboższe, być może już życiowo znane. Jest mnóstwo takich książek, i na tym polu mój imiennik nieszczególnie się wyróżnia.

To, co czyni tę książkę czymś szczególnym, to sposób, w jaki poprowadzono w niej prozę, osiągając apogeum oszczędnego stylu. Charles Bukowski, opisując Hemingwaya, wskazał, że jego książki mają rytm “bam, bam, bam”, ja od siebie dodam, że nie ma też w nich zbędnego słowa.

Są to lekcje, którymi warto się kierować zawsze, kiedy chcemy przekazać komuś historię w sposób angażujący i ciekawy.

-> “Imię róży”, Umberto Eco

Jest to książka, przez wielu określana jako “ciężka”; dla cierpliwych czytelników, epitet ten dotyczyć może jednak wyłącznie jej wagi.

Umberto Eco stwarza bardzo intymny seans, zabierając nas do średniowiecznego świata mnicha miłującego mądrość i mądrości tej poszukującego. I nam przyjdzie na setkach stron przedzierać się przez średniowieczne woluminy, dotykać zimnych murów opactwa i czuć wicher okalający wzgórza, aby w ciszy i skupieniu przepisywać dla potomnych wiedzę.

Dla części osób będzie to również rzecz o poszukiwaniu wiary, ale jeśli Czytelnik nie ma w sobie jej pokładów, w niczym nie będzie przeszkadzać to w lekturze. Jeśli kiedykolwiek mieli Państwo kontakt z filmem, proszę przed lekturą o nim zapomnieć - ekranizacja jest bardzo daleka od doświadczenia tej prozy.



Fragment książki Ernesta Przemingwaya, który być może warto przeczytać.

/ 1 /

To dla zabawy się bijemy, powiedzieli roześmiani chłopcy do nauczycielki, a ja wówczas pomyślałem, że dla zabawy można by też komuś zabrać śniadanie, rozkwasić nos, że dla numeru można by uciec z domu, że wszystko może być tak naprawdę jedną wielką z g r y w ą. Mając lat szesnaście zrozumiałem, że chcę być performerem. Życie moje odtąd miało stać się na wiele lat nieustanną prowokacją.

Pierwszy performans wykonałem już po kilku dniach, symulując powieszenie się w szkolnej toalecie; występ totalnie niedojrzały, pajacyk z pudełka, prosty i ordynarny trik pomyślany na najłatwiejszy efekt. „Ja tu tylko chwilę powiszę” zwiastowało jednak tę charakterystyczną cechę mojej twórczości, jaką stało się przywiązanie do śmiertelności, a może bardziej nawet - do zanikania, chwilowości. Popłoch, w jaki wprawiłem cały budynek szkolny, zdezorientowanie kadry nauczycielskiej, sprawiły mi wówczas ogromną przyjemność; wiedziałem, że przeznaczeniem moim jest być błaznem, że pójdę tak dalece jak to będzie konieczne, aby wprawić innych w refleksyjne zakłopotanie.

Celem performansu nigdy nie było dla mnie „przedstawienie” samo w sobie; takie działanie pozostawiałem artystom. Robiłem cokolwiek jedynie wówczas, gdy byłem pewien, że moim działaniem podam w wątpliwość pewne stabilne przekonania odbiorców. W mojej młodości z pewnością bywałem żenująco pretensjonalny, tego w niczyjej młodości się nie uniknie; nieustannie s t a r a ł e m się jednak stawiać ważne pytania.

W „Ja tu tylko chwilę powiszę” chciałem uświadomić co nieco kadrze nauczycielskiej, nierzadko będącej w podeszłym wieku. Nie byli oni gotowi na śmierć ucznia, śmierć osoby nastoletniej; to jeszcze można było zrozumieć. Nie byli oni jednak przygotowani na śmierć spodziewaną - śmierć własną, myśl o niej spychając głęboko do podświadomości i wywołując ją dopiero na widok młodego, martwego ciała w szkolnej łazience. Można nie zastanawiać się nad śmiercią przed czterdziestką, ale po pięćdziesiątce? Czyste szaleństwo.

(W stosunku do czterdziestolatków nie byłem do końca zdecydowany, myśląc o nich podejrzliwie. Byli dla mnie niejako zawieszeni, niczym pacjenci onkologiczni miesiącami oczekujący na wyniki eksperymentalnych badań klinicznych. Karmili się marzeniami o młodości, o tym, że wszystko jeszcze w zasadzie przed nimi; część z nich dreptała nóżkami myśląc o rozwodzie, część z nich zaciągała nowe kredyty hipoteczne, wielu wciąż jeszcze całymi dniami robiło kariery).

Dość długo, to jest chyba do trzydziestego roku życia, utrzymywałem się z pracy copywritera w sporej agencji reklamowej; pozostawałem lokalną, miejską atrakcją, ciesząc się statusem dziwaka zarabiającego świetne pieniądze. Moje reklamy podobały się szefom wielkich przedsiębiorstw obsługiwanych przez agencję; być może wpisywałem się w ich podświadome lęki. Wszyscy oni mieli grubo ponad sześćdziesiąt lat - według mojego rozeznania co najmniej raz dziennie musiał ich napadać paniczny lęk przed śmiercią.

W tych wczesnych latach nieustannie czułem się performerem - i wyobrażałem sobie siebie jako wielkiego artystę. W głowie nieustannie gardziłem swoją pracą; jednocześnie, pieniądze były dla mnie wówczas niesłychanie istotne. Nad wyraz ceniłem sobie wszystko, co były w stanie mi zaoferować - samemu nie mogąc uwierzyć w to, jak wiele można za nie kupić.

Wysokie mieszkanie w kamienicy, z niewiarygodnie wielkim tarasem, na którym mogłem rozstawić szeroką sofę z białymi jak śnieg poduszkami. Zdjęcia Brodziaka i obrazy Franza Kline’a w czarnych ramkach, niskie półki, dużo pięknych i drogich wydawnictw książkowych. Głośniki z asystentem głosowym, zawsze najnowszy i największy iPhone, oczyszczacz powietrza, smartwatch, wyjścia do modnych knajp, drogie drinki, dużo, dużo stawiania wszystkim drinków.

W weekendy uprawiałem ten mój performans, i choć rzeczy takie jak „Moje drzewo wyrosło w twoim samochodzie” i „Mieszkasz u mnie już dwa tygodnie, czy kiedyś to zauważysz?” przysparzały mi kolorytu i powodzenia, to w gruncie rzeczy pozostawałem wciąż niedoścignionym apologetą reklamy, bo to właśnie ona, ta pisana przeze mnie codzienna promocja produktów, pozwalała mi bezpiecznie udawać artystę.

Byłem tym, czego tak potrzebują centra dużych miast - aspirującą klasą średnią, rozpaczliwie poszukującą statusu, ochoczo pompującą pieniądze w lokalne usługi. Niczego więcej wówczas nie pragnąłem – ponad wygodne życie lewicującego utracjusza, bezwstydnie pretensjonalnego burżuja, hodowanego w szklarnianych warunkach comiesięcznych wypłat, kwartalnych premii i rocznych bonusów motywacyjnych.

Zapewne podążyłbym drogą wyznawcy wygodnej ścieżki; umówmy się, naprawdę nie jarałoby mnie bycie Modiglianim, rozpalającym z zimna książkowe ogniska. Wszystko jednak niechcący zmieniła kobieta - bo przecież jedynie kobieta ma moc, aby zmienić wszystko. Małgorzata, o najbardziej promiennym uśmiechu w mieście.

Prawdopodobnie nie zostałaby ze mną na dłużej niż tydzień czy dwa - gdyby nie jej pies. […]

Ernest Przemingway

Dziękujemy za lekturę!

Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl

Co można jeszcze przeczytać, jeśli ma się ochotę: