OK, zatem mały Polak rodzi się w 2001 roku, kiedy samoloty uderzają w nowojorskie wieże:
-> gimnazjum / liceum przypada mu na czas, w którym media społecznościowe stają się domyślnym środowiskiem dorastania, choć ich wpływu na młodych ludzi nikt jeszcze dobrze nie rozumie
-> początek studiów przypada mu na Covid, zamiast akademickiej przygody ma zdalne nauczanie, zamknięte granice, puby, kina
-> studia przypadają mu na okres inflacji, sprawiającej między innymi, że za byle jakie cztery ściany każdy w Polsce woła miliony
-> kiedy kończy studia, w wielu firmach panuje remote, ograniczający szansę na przypadkową transmisję wiedzy, patronat, biurową socjalizację i zbudowanie błyskotliwej kariery zawodowej przez samą obecność przy właściwych ludziach
-> kiedy już jako tako okopie się w nowej pracy, dostaje egzystencjonalnych lęków - bo wszędzie słyszy, że polski model rozwoju zasadza się na miejscach pracy, które albo zostaną zautomatyzowane robotami, albo zlikwidowane przez ai
Każdy kolejny próg wejścia w dorosłość zastępowany jest jakimś kiczowato orwellowskim substytutem normalności; do tego stopnia, że poddać w wątpliwość można sartrowskie "może i były piękniejsze czasy - ale te są nasze".
Czy nie zostaje nam z tego współczesny skowyt?
"Widziałem najlepsze umysły pokolenia gen z-niszczone inflacją,
notorycznie zdekoncentrowane,
włóczące się po timelines i feedach aplikacji,
w poszukiwaniu - wściekłej - dawki - lajków"
