Dzień dobry,
w tym tygodniu redaktor Marek V. obejrzał stary, holenderski film, wyreżyserowany jeszcze w 1988 r. W filmie tym młoda para podróżuje autem przez Europę, tocząc zwyczajowe zakochane rozmowy i kłótnie, oglądając zmieniające się krajobrazy, zatrzymując się na przydrożnych stacjach benzynowych. Na jednej z nich, kobieta znika.
Film wówczas w zasadzie dopiero się zaczyna, mężczyzna próbuje przez lata dowiedzieć się, co wydarzyło się owego pechowego dnia. Buduje się napięcie, historię, obraz zdarzeń - film naprawdę wciągnął redaktora. W pewnym momencie, opierając głowę o fotel spostrzegł on, że na samo rozwiązanie tajemnicy, reżyser pozostawił już tylko dziesięć minut.
Czy to możliwe, pomyślał z trwogą? Przecież oczekiwał wielkiego finału, skomplikowanej intrygi, być może gigantycznego zaskoczenia, kompletnego odwrócenia przypuszczeń, jakie snuł w głowie słuchając dubbingowanych dialogów.
Ostatecznie, nic takiego nie miało miejsca. Można powiedzieć wręcz, że tamtego dnia, redaktor Marek V. położył się spać niezadowolony. Koniec był bowiem banalny - co wcale nie oznacza, że był prosty.
Na drugi dzień redaktor uznał jednak, że w prawdziwym życiu, prawdopodobnie właśnie tak wyglądałaby owa historia. Wielkie narracje rzadko służą za wzór prawdziwych wydarzeń.
Kiedy redaktor Marek V. podzielił się tymi spostrzeżeniami na kolegium redakcyjnym, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest to doskonałe tło do obecnego wydania „Ładnych mi rzeczy” - za kilka chwil zobaczą Państwo dlaczego.
Do lektury,
Stocktavian August
SPIS TREŚCI:
1/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),
2/ Cykl życia raportowania start-upów (SA),
3/ Słoń (MV + EP).
Skrócony Briefing Giełdowy
Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.
Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.
W ostatnich kilku sesjach ciężko będzie uczestnikom rynku jednoznacznie wskazać, co w zasadzie pcha go w jakimkolwiek kierunku. Takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka przyczyn:
→ sektor space, na tę chwilę, zdał się dokonać żywota. Wszystkie popularne i lubiane przez retail spółki (rklb, asts itp.) zupełnie wytraciły momentum, nawet sam SpaceX wydaje się być w tej chwili w większej mierze o mocy obliczeniowej, niż o lataniu w kosmos
→ sektor neoclouds, ściągający ogromne pokłady sceptycyzmu / entuzjazmu z różnych zakątków rynku, złapał zadyszkę
→ wiele popularnych spółek ping ponguje się w wielotygodniowych kanałach liczonych w 10-15%, z których nic na ten moment nie wydaje się mieć siły, aby je uwolnić
→ wskrzeszony przez moment obszarowo software (w szczególności cyber security) osiągnął szczyty na nostradamusowym artykule Dwarkesha Patela o agentach tworzących cywilizacje, które już za chwilę przejmą nasz świat
→ sektor memory cierpi na porzuceniu go przez głównych jego apologetów (Citrini Research), plotkach o taryfach, czy chińskiej konkurencji
I choć mniej więcej czujemy, co stoi za wyhamowaniem owych trendów, warto przypomnieć sobie kilkoro głównych winowajców:
→ cała wielomiesięczna saga z doprowadzeniem do likwidacji funduszu Situational Awareness (SA) doprowadzała do bieżących dyslokacji i niezrozumiałych zachowań na rynku - wielu jego racjonalnych uczestników podzieliło po drodze w całości lub w części los SA i z uwagi na swoją nieobecność nie podtrzymuje obecnie zdrowych i spodziewanych zachowań rynkowych
→ wielokrotnie lewarowane i spekulacyjne zachowanie koreańskich inwestorów indywidualnych zakończyło się +/- równolegle z wygaszeniem funduszu SA. Obecne wymogi szkoleniowo-regulacyjne w ogromnej mierze wygasiły wpływ tamtejszego rynku na kursy akcji
→ pojawiające się wątpliwości dot. wybranych metryk raportowanych przez duże laby (Anthropic, OpenAI), wątpliwości dot. zamkniętych modeli, wreszcie - kontrowersje polityczne dot. rozbudowy ekosystemu AI i ich potencjalny realny wpływ na wyniki wyborów
→ coraz bardziej trudna do zrozumienia polityka zagraniczna amerykańskiej administracji - oraz towarzyszące jej zjawiska - doprowadzają pośrednio do rosnących rentowności tamtejszych obligacji, kreując presję na giełdę, w szczególności na jej obszarze momentum
Wszystko to składa się na obraz, w którym:
→ w pewnym sensie obumierają nam „narracje”
→ momentum zalicza najgorszy wynik od dziesięcioleci
→ obecny rok wyraźnie odstaje zwrotami od poprzednich lat
Czy w takim klimacie możliwe jest „zwodowanie” wielkich IPO Anthropic oraz OpenAI? Fascynujące pytanie, na które Redakcja nie zna odpowiedzi!
Stocktavian August
Cykl życia raportowania start-upów
Jeśli prowadzicie swoją fundację rodzinną lub fundusz, możecie mieć stworzony system raportowania swoich spółek portfelowych. Jeśli go nie macie, spółki będą Wam raportowały albo wcale, albo tak, jak same zechcą - zarówno co do częstotliwości, jak i zestawu informacji.
(Jeśli zupełnie, ale to zupełnie go nie macie - proszę napisać do mnie email, zwięźle podpowiem, jak należy to zrobić).
Jest to coś, co zależy wyłącznie od Was oraz oczekiwań, jakie nakreślicie w ramach procesu inwestycyjnego. Jako osoba, która przez lata odpowiadała za obie strony tego procesu w wielu spółkach, podpowiem z góry, że zbytnia surowość oczekiwań w tym zakresie może doprowadzić do wielu negatywnych skutków:
→ straty czasu
→ naciągania działań tak, aby zadowolić inwestora (np. liczba kontaktów handlowych w obszarach, które nie mają sensu)
→ straty uwagi oraz swobody mentalnej, w szczególności, jeśli wymagamy wyników na tyle często i szczegółowo, że nasza inwestycja będzie wyglądała źle, pomimo uczciwych wysiłków osób, które nią zarządzają
Kluczem jest więc całkowicie świadome ułożenie częstotliwości oraz rodzaju informacji, które rzeczywiście chcemy od spółki otrzymywać. Aby potrafić wykonać to ćwiczenie, musimy jednak nie dokonywać inwestycji:
→ dlatego, że dokonał jej znajomy
→ bo spodobał nam się founder (i tyle)
→ bo dano nam kwadrans na decyzję
(Zaskakująco wiele inwestycji dokonywanych jest wyłącznie wg powyższych kryteriów).
Autorowi niniejszej notki zdarzało się być proszonym po pewnym czasie do zajrzenia w inwestycje, które nie zadowalały osób ich dokonujących. Poniżej znajduje się przykładowa lista lampek ostrzegawczych w samym raportowaniu, jakie zwiastują, że nasza inwestycja nie idzie w dobrym kierunku:
→ podstawową jest zaprzestanie wysyłania raportów w kadencji, w jakiej dotychczas je otrzymywaliśmy i konieczność dopominania się o kolejne ich edycje
→ bywa nią bardzo często każda zmiana wskaźników - w szczególności, jeśli towarzyszy im niejasne tłumaczenie oraz pogorszenie dotąd raportowanych danych
→ należy również wystrzegać się nagłego „wciągania” nas w szczegóły codziennych operacji, w szczególności, jeśli nie miało to wcześniej miejsca.
Takie działania mają co do zasady dwie konsekwencje:
- podzielenie się z nami odpowiedzialnością prowadzenia biznesu oraz za podejmowane odtąd decyzje, przy jednoczesnym braku rzeczywistego na nie wpływu
- przy braku naszej czujności - wejściu w często nieznaczące drobnostki i utraceniu właściwej perspektywy
Stocktavian August
Słoń
Ernest Przemingway to w zasadzie najlepszy pisarz, jakiego miałem okazję w życiu poznać. Jego podjęta w dość młodym wieku decyzja, aby pisania zaprzestać, jest tego wyrazem.
Powiedzieliśmy sobie na wstępie nieco o tym, ile w życiu człowieka może ważyć narracja - jak bardzo może ona przejąć logiczne myślenie, codzienność, marzenia i troski.
Widzimy to codziennie w kalejdoskopie zmieniających się zainteresowań Polaków w social media. Każdy tydzień to inna narracja zarządzająca naszą zbiorową, narodową uwagą.
Wiele lat temu, Ernest Przemingway napisał krótki tekst o takiej życiowej narracji, jaką przyjmujemy sobie ponad wszystko.
Oto tekst o pustej narracji. Oto tekst o słoniu.
Marek V.
SŁOŃ C.
Za dwiema obwodnicami i trzema strefami płatnego parkowania, w wysokim bloku, mieszkałem kiedyś razem z Olą, jej Bratem i Mamą Oli. To było bardzo dawno temu, jeszcze zanim zupełnie zwariowałem.
Ola miała wtedy siedem lat, Brat Oli czternaście. Mama Oli uczyła muzyki, a poza tym była wiecznie zmęczona. Odbierała dzieci ze szkoły, robiła zakupy, sprzątała, gotowała. Brat Oli był świetny w piłkę nożną i, jak na swój wiek, nader wyrośnięty.
Pracowałem w ważnej firmie, do której musiałem chodzić ubrany w garnitur. Rano wstrzymywałem powietrze, zawiązując krawat, i wypuszczałem je dopiero wieczorem w domu. Niekiedy wykrzykiwałem Mamie Oli, że na wysoki blok stać nas tylko dlatego, że mam tak poważną posadę. A potem tego żałowałem i ją przepraszałem.
Z czasem jednak stało się coś dziwnego, czego nie miała prawa zrozumieć Ola ani Brat Oli, a i Mamie Oli szło to dość opornie. Daleko za oceanem poupadały banki i dużo ludzi traciło swoje domy - a ja żyłem z tego, że sprzedawałem ludziom domy.
Przychodziłem do domu coraz później i coraz bardziej zdenerwowany. Ola i Brat Oli siedzieli cichutko jak myszki pod miotłą i słuchali, jak Mama Oli na mnie krzyczy.
Z początku coś odkrzykiwałem, ale potem też siedziałem cicho. W pracy rozmawialiśmy o decyzjach obcych rządów, o planach ratunkowych, o tym, że wszystko musi się przecież ułożyć. Powtarzałem potem w domu przy kolacji, że wszystko musi się ułożyć. Później chowałem twarz w dłonie i tak zastygałem nad talerzem z kiełbasami.
Mijały kolejne tygodnie, a atmosfera w domu była coraz bardziej napięta. Pod moim łóżkiem zamieszkał potwór „następna rata kredytu”. Nie dostrzegałem, że Brat Oli wraca ze szkoły z zaczerwienionymi pięściami i niekiedy rozciętą wargą.
Mama Oli popadała w pewien marazm. Potrafiła przez kwadrans myć jeden talerz, wgapiając się tępo w ścianę. Wracałem z pracy coraz później, często tak późno, że całe mieszkanie w wysokim bloku pogrążone było już we śnie.
Pewnego dnia, który różnił się od innych chyba tylko tym, że skrzynka pocztowa bardziej spuchła od kopert, spotkałem dawno niewidzianego kolegę. Weszliśmy do baru i tam, nad drugą szklanką, opowiedział mi o słoniach. Zaintrygowało mnie to. Ucieszyłem się, że wreszcie wstąpił we mnie jakiś wigor, jakaś radość i zainteresowanie. Dość szybko całkowicie mnie to pochłonęło.
Po powrocie z pracy nie fatygowałem się, aby z kimkolwiek się przywitać. Nie dbałem o przebranie się w domowe ubrania. Nie słuchałem nawet zwyczajowych litanii Mamy Oli o tym, jak wiele miała danego dnia problemów. Po prostu siadałem w salonie, włączałem telewizor i rozkładałem przed sobą albumy dotyczące słoni, które kupowałem w osiedlowych sklepach.
Najczęściej nie miałem wcale ochoty przeglądać ich w domu, i wtedy wstępowałem do któregoś z pobliskich barów, gdzie łatwiej było o ludzi rozumiejących słonie. Mama Oli martwiła się o Brata Oli, który stawał się coraz bardziej niegrzeczny. Wciąż dzwoniono do nas ze szkoły. Wystarczyła najmniejsza drobnostka, aby sprowokować go do bójki. Gdyby nie zupełnie niecodzienne wyniki z WF-u, jego promocja do następnej klasy mogłaby być zagrożona.
Mama Oli powiedziała mi jednego dnia, że jest zdumiona, jak bardzo w czasie rozciągać może się beznadzieja i jak niewiele dróg wyjścia ma kobieta blisko czterdziestoletnia, bez żadnych prawie zarobków, za to ze wspólnym kredytem. Ignorowałem całkowicie jej umierającą chęć do życia, wykonywała więc sumiennie swoje prace domowe, znajdując pewien komfort w atrapie rodziny, którą tworzyła.
Wciąż wierzyła, że ma te moje słonie pod kontrolą.
Nadeszła wiosna i na nasze osiedle miał zawitać cyrk. Stanowiło to dla mnie igraszkę, na jedną z atrakcji zaplanowano bowiem występ małego słonika. W tym okresie wychodziłem już z pracy bardzo wcześnie lub w ogóle do niej nie chodziłem. Spędzałem całe dnie w barach, rozprawiając z innymi pasjonatami słoni, których było znacznie więcej, niż z początku mi się wydawało. Kilku mieszkało nawet w moim bloku!
Wreszcie cyrk zajechał na osiedle. Od rana myślałem tylko o słoniach, a na festynie towarzyszącym wydarzeniu przez kilka godzin dyskutowałem o nich z kolegami. Zasiedliśmy w pierwszym rzędzie. Miał to być wspaniały wieczór. Ola, Brat Oli i Mama Oli byli zadowoleni do czasu, do kiedy na scenie nie pojawił się ten nieszczęsny słonik. Był bardzo chudy i wynędzniały. Ola rozpłakała się od razu, kiedy tylko go zobaczyła.
Słonik był tak wstrętny, że wszystkie dzieci poza Bratem Oli wpadły w histerię i całe rodziny zmuszone były opuścić cyrk. Mama Oli szykowała się do wyjścia. Na słonika wprost nie dało się patrzeć.
Ja trwałem jednak niewzruszony, zauroczony tym pożałowania godnym zwierzęciem. Jego bezkrytyczność w stosunku do świata, jego obojętność oraz bardziej lub mniej świadoma rezygnacja były dla mnie najpiękniejszymi cechami pod słońcem. Jako jedyny w całym cyrku pozostałem na miejscu. Słonik ledwo stał na nogach, a po chwili nawet się przewrócił. Na tym show zakończono. Na scenę wyszedł właściciel cyrku, który wydawał się zaskoczony, że wytrwałem do tego momentu.
Podoba się panu słoń? Jest na sprzedaż. Długo się nie zastanawiałem. Umówiłem się z cyrkowcem w pobliskim barze, wybrałem ostatnie oszczędności w bankomacie i niedługo później dobiliśmy targu. Zadowolony, prowadziłem słonika na sznurku w kierunku wysokiego bloku.
Byłem wprost pijany ze szczęścia, choć zwierzę co rusz wyrywało się, kilkukrotnie mnie przewracając. W końcu udało mi się wprowadzić je na klatkę schodową. Słonik ledwo zmieścił się do windy. Choć próbowałem wcisnąć się wraz z nim, w windzie zabrakło już miejsca. Wcisnąłem więc „16” i ruszyłem w górę schodami.
Po kilkunastu latach mozolnej wspinaczki wreszcie wtarabaniłem się na ostatnie piętro wysokiego bloku. Słonik w międzyczasie wyszedł sobie z windy i przechadzał się pod drzwiami mojego mieszkania. Na mój widok leniwie zatrąbił.
Zaprowadziłem go do kuchni. Zwierzę dokazywało całą noc. Musiałem z nim siedzieć, mimo że oczy mi się zamykały i przysypiałem na stole. Ze zmęczenia wywaliłem się na podłogę, budząc Olę, Brata Oli i Mamę Oli. Wszyscy mieli do mnie o to dość duże pretensje. Uważali, że nie powinienem był sprowadzać słonika do mieszkania. Mama Oli w szczególności podkreślała, że słonik to jednak dość spore zwierzę i że nie poradzę sobie z opanowaniem go.
Stali w trójkę w drzwiach tej kuchni, a ja byłem tak zmęczony, że dwoili mi się w oczach. Było dla mnie absurdalne, że psują mi wieczór ze słonikiem, więc wszystkich ich skrzyczałem, a oni pouciekali po swoich pokojach.
Kolejne tygodnie obfitowały w coraz gorsze wydarzenia. Byłem zupełnie zajęty słoniem i bardzo irytowałem się, kiedy ktoś zwracał mi na to uwagę. Ku niezadowoleniu domowników słonik nie był nawet miłym zwierzęciem. Nie machał wesoło trąbą, nie wydawał ładnych dźwięków. Jadł, leżał, sikał i zostawiał po sobie coraz więcej pracy.
Kiedy minęło wiele dni, a ja wciąż nie zmieniłem bielizny, dla Mamy Oli stało się jasne, że słonik zostaje na stałe. Żyliśmy już wtedy jedynie z jej skromnej pensji i z tego, co pożyczałem od znajomych i rodziny. A i tak prawie wszystko szło na karmę dla słonia. Mama Oli wreszcie zdobyła się na odwagę i stanęła przede mną w kuchni, gdy akurat dokarmiałem słonika przy stole.
To się musi skończyć, powiedziała - do nikogo, ponieważ zasnąłem pomiędzy „to”, a „się”. Kiedy się przebudziłem, spojrzałem na słonia. Siedział po drugiej stronie stołu, w tym cichym, przepełnionym porannym słońcem mieszkaniu, i patrzył na mnie doświadczonymi słoniowymi oczami. Wachlując się wielkimi uszami, podsunął mi trąbą szklankę. Wychyliłem jej zawartość i od razu znów usnąłem.
Ciężko mi się budziło nazajutrz. Odruchowo chwyciłem karmę słonia i podstawiłem mu ją pod pysk. Ten wciągnął wszystko szybciej, niż zdążyłbym powiedzieć: Mamo Oli, tak bardzo cię przepraszam. I wtedy chyba to się stało. Słoń grubiał już od dłuższego czasu i w końcu stropy te, ściany te, nie wytrzymały.
Opadałem wraz ze słoniem szesnaście pięter, jedno za drugim, trzecie za czwartym, przebijaliśmy sufity i podłogi, lecąc wciąż w dół i w dół. Chwilę później, kaszląc od pyłu wydobywającego się z gruzów i otrzepując się ze szkła z pogruchotanych okien, w pełni zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem.
Na poboczu, obok samochodu, leżała Mama Oli; piękna, nienaturalnie powyginana jak w pocałunku Klimta. Brat Oli trzymał rękę pod jej głową i cicho z nią rozmawiał.
Oddałbym wątrobę za to, że spośród gruzu wystawała, leniwie się kołysząc, słoniowa trąba.
Ernest Przemingway
Dziękujemy za lekturę!
Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl


