Dzień dobry,
to kolejne już wydanie „Ładnych mi rzeczy”.
Czy będzie to pismo kojarzące się wakacyjnie, skoro zaczęło ukazywać się latem? Powątpiewamy. Choć trudno w to uwierzyć, całkiem niebawem przyjdzie bowiem jesień i o lecie zapomnimy tak szybko, jak szybko mija pierwsza miłość.
I choć nastanie wówczas w naszym kraju okres, w którym prezentuje się on nieco gorzej - nasze pismo nadal będzie trafiać do Czytelników. I wówczas, z butami brudnymi od błota, zachlapanymi nogawkami, być może podciągając nosem, zupełnie zapomnimy już upalny lipiec, w którym Redakcja wydała pierwsze „Ładne mi rzeczy”.
Zmiany pogody to jedna z tych wielu rzeczy, nad którymi nie mamy żadnej kontroli - pozostawmy ją sobie jednak nad tym, w jaki sposób na nie reagujemy.
Czy to poprzez dobry ubiór, grację z jaką rzeczy te przyjmujemy, pewną obojętność do sposobu, w jaki robią to inni.
Ernest Hemingway, amerykański pisarz, powiedział kiedyś, że istotny jest w życiu wdzięk, jaki okazujemy w obliczu wyzwania. Czy można się tego nauczyć? Trudno to przesądzić.
Można jednak, z pewnością, o tym poczytać.
Do lektury,
Stocktavian August
SPIS TREŚCI:
1/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),
2/ Dlaczego Roland Barthes zamordował autora? (MV),
3/ Jak poruszać się po świecie amerykańskich badań klinicznych? (SA),
4/ Zagadkowy lot do Afryki (EP).
Skrócony Briefing Giełdowy
Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.
Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.
W tym tygodniu zdążylibyśmy zapewne zapomnieć już o funduszu Situational Awareness, gdyby nie dwa zdarzenia:
→ wypowiedź Nicolai Tangena, CEO norweskiego funduszu majątkowego, zgodnie z którą „cała wartość funduszu mogłaby zniknąć przy określonych warunkach rynkowych”
→ informacje Bloomberga, zgodnie z którymi fundusz Leopolda w ostatniej fazie swojej aktywności zajmował miliardowe pozycje w mało płynnych, niewielkich japońskich spółkach, jednocześnie nie dopełniając w tym zakresie stosownych obowiązków informacyjnych
Pozycje funduszu SA wydają się być już w znacznej mierze rozdysponowane - Citadel, który je nabył, nie zajmuje się inwestowaniem długoterminowym, trudno dowierzać, że ktokolwiek tam zaprzątałby sobie głowę analizowaniem perspektyw spółek w rodzaju Iren czy Nebius.
Jednocześnie jednak, w świetle powyższych wypowiedzi i informacji, trudno zakładać, że w pewnej skali nie występują wciąż koncentracje przypominające te dokonane przez Leopolda.
Jeśli zatem, w krótkim i średnim terminie dochodzi na naszych spółkach do zupełnie niezrozumiałych dla nas zdarzeń, możemy, być może, zakładać, że są one efektem pozycjonowania się innych uczestników rynku - zamykania zbyt dużych ekspozycji, porządkowania rynku po ostatnich turbulencjach, produktów na wysokim lewarze - niż z samą firmą i jej perspektywami.
Tym samym, tak istotne staje się pytanie o długą perspektywę. Czy wybrane przez nas spółki rosną na momentum, czy też fundamentalnie, poprzez informacje ujawniane w ramach ich wyników?
Warto znać odpowiedzi na te pytania. W przeciwnym razie, czy będziemy umieli właściwie zinterpretować wyniki, w których:
→ przychód wzrasta o 450% rok do roku - ale: na jakich marżach? kosztem jakiego capexu? czy przychód porównywać można jak „jabłka do jabłek”? czy są to ci sami klienci, o takiej samej trwałości umownej i tożsamym koszcie ich obsługi?
→ wynajmowane są wciąż stare urządzenia, które uznawano już za nieprzydatne - ale: na jakiej marży? czy ich wynajęcie nie jest aby kuszące, nawet na niskiej marży, aby odeprzeć zarzuty o zbyt długi okres ich amortyzacji?
→ zysk na akcję przekracza oczekiwania analityków - ale: jakiego rodzaju adjustacji na nim dokonano? czy właściwie rozumiemy, co wyłącza się z kosztów, prezentując nam wynik? (ps. informację tę odnajdziemy w części „notes to the financial statements” w raportach kwartalnych spółek)
→ ogłasza się kontrakt z Anthropic na 9 miliardów dolarów - ale: na Boga, dlaczego on ma 20 lat i wykazuje się jego maksymalną granicę?
Uważny Czytelnik - a to, jak zakładam, typowy Czytelnik „Ładnych mi rzeczy” - domyśla się już, o jakim sektorze mówimy.
Czy w sektorze compute, mocy obliczeniowych, wszystko jest złotem, co się świeci?
Spółki neoclouds:
→ adresują swoją ofertę do punktowego zapotrzebowania, klientów którzy nie załapali się na moc obliczeniową u tradycyjnych dostawców. Podczas earnings call Nebius sam wskazał, że mógłby sprzedać swoją ofertę na rok z góry, ale preferuje model „on demand”, który w krótkim terminie pozwala im lepiej zarządzać ceną.
Klient taki jednak, siłą rzeczy, charakteryzuje się większym odpadaniem (churn). W tym właśnie realizuje się obecnie „pomostowy” charakter neoclouds
→ w komunikacji z inwestorami wykorzystują język narracyjny, nie zaś stricte ekonomiczny - ogłaszane są górne przychody z umowy (ale rzadko marże), wykorzystuje się wskaźnik ARR, lubiany raczej przez start-upy w początkowej fazie wzrostu, nie zaś przez spółki giełdowe (annualizowany roczny przychód - bierzemy najlepszy miesiąc i mnożymy go x 12)
→ do amortyzacji oraz rozliczania capexów podchodzą w sposób odbiegający od tradycji - uzasadniając to następnie umowami, których szczegółów się nie zdradza, opisując je raczej epitetami, niż liczbami (jak „atrakcyjna umowa” na jednostki a100)
→ utrudniają zrozumienie nam, w jaki sposób planują zarządzać zacięgniętymi zobowiązaniami i czy w przyszłych latach koszt obsługi zadłużenia pozwoli im uzyskiwać dodatni wynik finansowy z biznesu
→ posiadają na horyzoncie niejasne zagrożenia, jak wejście na rynek „on demand” potentantów (SpaceX, Meta), czy niejasne prognozy dot. zapotrzebowania na moc obliczeniową oraz spadający koszt tokenów
Wszystko powyższe mogłoby brzmieć jak niedźwiedzi przytyk do neoclouds - spieszę więc donieść, że tak nie jest.
Ćwiczenie, jak wykonaliśmy w niniejszym Skróconym Briefingu jest innego rodzaju:
→ skoro pełne zrozumienie „długiego obrazu” jest co najmniej w wysokim stopniu utrudnione
→ skoro spółki neoclouds stanowią „ulubieńców” twittera, są inwestycjami bardzo zatłoczonymi
→ skoro w spółkach neoclouds wciąż obecny może być „osad” skoncentrowanych inwestycji funduszy w rodzaju Situational Awareness
To czy inwestycje te nie są tak naprawdę - cokolwiek innego nie mówiliby sobie ich inwestorzy - obstawieniem nastroju rynkowego w krótkim / średnim terminie?
Czy w istocie inwestorzy tych spółek potrafiliby przeprowadzić inwestycyjny casus, dowodzący atrakcyjności neoclouds w perspektywie 4-5 lat?
Stocktavian August
Komunikat:
Otrzymałem od Państwa dwadzieścia kilka wiadomości z pytaniem, czy istnieje możliwość zapisania się na pełny Briefing Giełdowy, screeny z którego wrzucam niekiedy na twitter.
Jak wiedzą Państwo ze screenów, Briefing Giełdowy schodzi z powyższej ogólności nieco niżej, na poziom konkretnych spółek i sektorów, nadal jednak nie zawierając konkretnych rekomendacji ani zaleceń.
Nie było moją intencją udostępnianie pełnego Briefingu, ponieważ:
→ samemu zdarza mi się popełniać ogromne błędy - Briefing to moja opinia o rynku, nie instrukcja jego obsługi
→ wymagałoby to dogłębnego zrozumienia po stronie odbiorcy czym jest, a przede wszystkim - czym nie jest - to opracowanie
→ jest to produkt płatny, co rodziłoby po mojej stronie wyzwania dystrybucyjne, których początkowo nie chciałem ponosić
Aby właściwie zmapować potencjalne zainteresowanie pełną wersją Briefingu i zidentyfikować zbiór osób je wyrażających, uprzejmie proszę o wiadomość email od Czytelników, którzy - po lekturze powyższych zastrzeżeń - nadal pożądaliby jego subskrypcji.
Dotychczasowy, Skrócony Briefing Giełdowy™️, wysyłany będzie Czytelnikom „Ładnych mi rzeczy” bez zmian!
Dlaczego Roland Barthes zamordował autora?
Proszę wyobrazić sobie autora - być może francuskiego pisarza - sprzed dwustu lat. Człowiek ten napisał wspaniałą książkę, być może „Czerwone i czarne”. Została ona wydana, następnie omawiana jest na łamach głównych dzienników.
Dyskutuje się nad nią oczywiście również w kawiarniach, w gronie tych kilkuset paryżan, którzy mają na ten temat jakieś zdanie; oczywiście w tej grupie jest zarówno sam autor, jak i kilka innych „autorytetów”, których głos uznawany jest za istotny.
Zróbmy sobie FF» do naszych czasów i prześledźmy na nowo owy proces: autor pisze, nie potrzebuje już wydawcy. Nie ma żadnej instytucjonalnej bariery, ktokolwiek jest w stanie wytworzyć cokolwiek - i opublikować.
Autor, w teorii - ufamy w to - wie co chce powiedzieć. Ufamy, że podobnie jak redaktorzy „Ładnych mi rzeczy”, zanim prześle cokolwiek przed oczy odbiorców, myśli nad każdym zdaniem, tworzy kilka ich wersji, rozstawia przecinki, sprawdza ich brzmienie - słowem - szuka ideału.
Wszystkich jednak autorów, tych obecnych i przeszłych, tych starających się i tych robiących to mniej, łączy jedno - kiedy już wypuszczą tekst do odbiorcy -
- - tracą nad nim kontrolę. Jest to coś istotnego - zwłaszcza dzisiaj, kiedy wątki, komentarze, opinie - tworzą się w niezmierzonych ilościach, a osoba twórcy nierzadko zupełnie nam znika w quote tweetach, contencie o contencie, meta komentarzach, powieleniach, dyskusjach.
Czy ten ktoś w ogóle to powiedział? Czy miał to na myśli? Czy o to mu chodziło?
Czy wreszcie - powinno nas to obchodzić? Na koniec dnia, istnieje tylko tekst, i nikt tak naprawdę, łącznie z twórcą, nie ma nad nim żadnej kontroli.
Niektórzy próbują z tym walczyć, chcą narzucić nam swoją interpretację, próbują przekonać nas, że nie o to im chodziło, że co innego mieli być może na myśli.
Niektórzy. Nie Francuzi. Przed 60 laty uśmiercili oni autora - kwestionując jego uprzywilejowanie do narzucenia nam interpretacji swojego tekstu. Każdy z nas ma swoje doświadczenia, traumy, szczęścia, wspomnienia - i nikt nie powinien narzucać nam, co chcemy w danym tekście wyczytać.
Mądrzy Francuzi. Rozumieją, czym jest „przedept”.
Marek V.
Jak poruszać się po świecie amerykańskich badań klinicznych?
Biotechy to bardzo nietypowe spółki. Kiedyś były znacznie bardziej popularne, ponieważ były jednym z niewielu miejsc na giełdzie, które oferowały inwestorom naprawdę ponadnormatywne zwroty, jeśli tylko mieli rację.
Jeśli jej nie mieli, ich inwestycje zmierzały ku zeru. W ostatnich 5 / 6 latach pojawiło się znacznie więcej obszarów giełdy oferujących podobne warunki, przy znacznie szybszej i częstszej weryfikacji, co sprawiło, że biotechy przestały cieszyć się tak wysokim zainteresowaniem inwestorów.
Jednocześnie, wraz z dynamicznym rozwojem AI duma się nad tym, że biotechy mogą stracić rację bytu - duża pharma (wielkie spółki farmaceutyczne) będą ponoć mogły odtąd zamknąć cały proces odkrywania nowych leków wewnątrz własnej działalności.
Ale, na tę chwilę, biotechy dalej istnieją!
Dotychczasowy sposób ich działania był relatywnie nieskomplikowany:
-> duża pharma posiada w portfolio setki molekuł, nad którymi nie prowadzi aktywnych badań
-> powody? Zbyt mały potencjalny rynek, inne priorytety, brak mocy przerobowych
W dotychczasowym modelu "powstawał" wówczas biotech:
→ zbierano utalentowany team, często z przeszłością w dużej pharmie, zbierano rundę prywatną
→ obierano cel w postaci rzadkich chorób, sprawniejszego leczenia już istniejących
→ negocjowano z dużą pharmą licencje na daną molekułę - x lat na badania, y lat na komercjalizację
→ przeprowadzano IPO
Jeśli przyszłoby nam do głowy śledzić drogę któregokolwiek z biotechów, mamy do wyboru co do zasady trzy źródła:
→ twitter, reddit lub yahoo finance. Biorąc pod uwagę fakt, że biotechy są obecnie znacznie mniej popularne, ich pokrycie w social mediach jest co do zasady najczęściej bardzo merytoryczne. Problem zaczyna się z reguły dopiero wówczas, gdy dany biotech nie dowiezie któregoś z badań klinicznych - wówczas social media to miejsce stracone, przejęte przez żółć i zgorzknienie
→ komercyjne portale i agregatory. Oczywiście, w dzisiejszych czasach ich oferta powinna być każdorazowo weryfikowana pod kątem unikalnej wartości, której nie dowiezie nam podstawowe AI - natomiast, jest kilka miejsc, które robi to zwyczajnie dobrze. Redakcja, w swoich nierównych bojach z biotechami, korzystała zazwyczaj z portalu Biopharm Catalyst, który całkiem sporo funkcjonalności oferuje również i w darmowej wersji
→ najbardziej wiarygodnym ze źródeł - i jednocześnie tym, które pozwala rzeczywiście wejść głęboko w świat badań klinicznych jest amerykański portal rządowy.
Weryfikując tam dany biotech sprawdzimy szpitale uczestniczące w badaniu, tezy, daty, personalia, czynniki, które w danym badaniu mają być sprawdzane. Dla osoby rzeczywiście gotowej wejść głęboko w ten świat - jest to nieprzebrana skarbnica wiedzy
Oczywiście, w byciu wytrawnym inwestorem biotechowym pomaga odpowiednie wykształcenie - wielu spośród komentatorów w social media to lekarze, farmaceuci. Nie jest to jednak warunek konieczny - tym, jak chyba nie bałbym się wskazać - będzie raczej nieograniczony zasób wnikliwości oraz ciekawości.
Natomiast - biotechy to z pewnością przygoda. Jeśli na premarket / after hours widzą Państwo na którejś ze spółek plus 300% lub minus 95% - można ze spokojem wciąż założyć, że jest to biotech.
Stocktavian August
Lot do Afryki.
Ernest Przemingway to dziwny człowiek. Na wyjazdach integracyjnych wciąż się gdzieś urywa, na spotkaniach Redakcji nierzadko śpi. Na ponaglenia Redaktora Naczelnego reaguje zawsze prychnięciem, zdziwieniem, pytaniem „czy ja kiedyś nie dotrzymałem jakiegoś terminu? No to po co się denerwujesz?”.
Nieustannie otrzymujemy sygnały, zgodnie z którymi teksty Ernesta są tymi, które Czytelnicy „Ładnych mi rzeczy” lubią najbardziej. Red. Stocktavian, w swojej purytańskiej dyscyplinie, nawet tego nie dostrzega. Mnie - jest zwyczajnie przykro. Ale, rozumiem to, uważam podobnie.
Pierwszym pomysłem było opublikowanie kolejnej części „przygód performera”, Ernest w dość rzadkim jednak dla siebie geście inicjatywy stwierdził, że po niedawnych rocznicach „coś go drapie”. Efekt - poniżej.
Marek V.
Oto tekst Ernesta otrzymany przez Redakcję:
AN-ANON-MAJN
Słowo honoru polskiego oficera daję, Boża Matulu. Matka Boża Nieustającej Pomocy. Obiecuję Tobie, o matko Jezusa, obiecuję, nigdy już do ust szkła nie uniosę.
Słowa te wypowiadam odpowiednio głośno i donośnie, tak aby usłyszał je generał Papierski. Papierski nie kupiłby broni od pijaka, nic nie kupiłby od pijaka, na pijaka nawet splunąć by się brzydził. A ja chcę sprzedać mu mnóstwo broni i jestem pijakiem. Słodki Jezu, nie tyle jestem pijakiem - jestem na dnie.
Jeśli Bóg da, wylecę spod Krakowa jeszcze dzisiejszego wieczora. Ale najpierw trzeba wszystko dogadać z generałem: ustalić miejsce i godzinę lądowania przy polskich oddziałach pod El-Alamein mojego transportowego Messerschmitta 323.
Jakaż to cudowna maszyna! Sześć czternastocylindrowych silników, każdy prawie po tysiąc koni; że też taki samolot można kupić od pijanego niemieckiego pułkownika. Zawczasu ustaliliśmy już dokładną ilość sprzedawanej amunicji, granatów i pistoletów.
Idziemy ramię w ramię, ten jak się cieszy z mojego ślubowania; aż ochotę mam mu przypomnieć jego ślubowanie, jego żołnierską rotę, wzruszoną świeżo odzyskaną niepodległością. Tę samą, którą tak ochoczo przez Rumunię we wrześniu porzucił.
Ale tam, sto tysięcy dolarów. To mnie ustawi już na zawsze, przełknę go, tak jak przełknąłem durne obiecanki w kościele, jak przełknąłem Niemców w pięknych polskich górach. Wchodzimy do knajpy Engpass.
Jest ciepło, mimo że lada dzień październik. Mamy 30 września 1942 r., moja mama skończyłaby równo 50 lat. W Ostrowcu Świętokrzyskim wieszają na rynku Polaków, brzask o 5:59, imieniny Ursusa i Zofii. W knajpie wszystkie okna otwarte, idę do toalety.
Spijam tam do końca piersiówkę, wracam i siadam przy Papierskim. Podchodzi kelnerka - młoda blondynka - usta pięknie czerwienią podciągnięte, w kolorowej spódnicy i białej koszulce, pod którą widać piersi.
„Ja poproszę dwa strzały i jedno piwko, Weissbrau, jeśli macie oczywiście. A dla kolegi wodę. Bo pić, to trzeba Tadziu umieć. Tyś za często u Bolszewii bywał i to ciebie zepsuło. O, dziękujemy pani. To co, Tadeuszku mój kochany, za twoją trzeźwość wypiję wódeczkę!”.
Cud, że się nie zachłysnął. Kasłał i kasłał, ręką buzię zasłaniał, amator trunków wszelakich. Bierze piwo do ręki, o, to są jego procenty! Druga gorzałka stygnie i założę się, że ją zostawi.
Patrzę na nieruszoną wódkę. Papierski powoli spija piwo.Spoglądam, jaka gęsta jest ta gorzałka, on opisuje miejsce lądowania, czuję stąd jej chłód, opowiada kto się zgłosi do rozładunku, wyobrażam sobie jej ciepło w przełyku, myślę jak idealnie okrągła jest ta literatka, mówi gdzie dadzą mi pieniądze...
Wszystko ustalone.
Wszystko ustalone? Tak, chyba tak, patrzę w jego kartkę, wszystko się zgadza, będzie nawet nieco więcej, jakieś sto dwa, sto trzy tysiące dolarów. Przeciętny Amerykanin robiłby na to pięćdziesiąt lat, ja się uwinę w kilka dni. Papierski wstaje, płaci, zaczyna wychodzić. Proszę, żeby poczekał na zewnątrz, skoczę jeszcze raz na siusianie.
Dopijam tę wódkę, co to ją oczywiście zostawił. Podchodzę do kontuaru, kelnerka, nazwijmy ją Marysią, patrzy na mnie z zaciekawioną miną. Puszczam jej oko i udaję się do wyjścia. Dopiero na zewnątrz uświadamiam sobie, że powinienem zostać tam z Marysią.
Generał siedzi za kierownicą auta zaparkowanego przed zajazdem. Ruszamy, na Kraków. On prowadzi, ja obok. Po drodze mi się przysnęło i w sumie to dobrze, bo zaczynało mnie cisnąć, co by się czegoś napić. A gdy śpię, to czasem mi się śni, że nie piję, że Niemcy nas nie napadli, że ojciec z matką nie zmieszali się z gruzami kamienicy, że Julia żyje.
Zajechaliśmy na pas startowy pod Krakowem. Na pasie stoi już Douglas DC3. Odpalam sobie papierosa, bo denerwuje się lataniem. Papierski rozmawia przy aucie z dwoma mężczyznami, po czym kieruje się w stronę samolotu. Zaczynam obawiać się najgorszego.
„Lecę z tobą, Tadku kochany! Rzecz jest zbyt ważna, muszę jej dopilnować osobiście. Najpierw Ateny, potem na Kretę, do twojego samolotu, a potem już Afryka”.
Siadam z tyłu, z dala od generała. W zaciszu kabiny otwieram dwustumililitrową buteleczkę; miałem dwie jeszcze schowane w torbie. Odpaliły silniki, furczą śmigiełka. Myślę o pilocie.
Zmieści się w pasie? Ja pewnie nie dałbym rady. A przecież potrafiłem pilotować takie maszyny. To może dałbym radę? Chyba nie jestem jeszcze aż tak pijany, żeby nie móc prowadzić samolotu? Kołysze strasznie na boki, ale w końcu się podnosimy. Lecimy w górę, w górę, do nieba.
Samolot leci na południe wzdłuż środkowej Europy. Dbam tylko o to, żeby po choćby najmniejszym łyku butelka lądowała z powrotem w kieszeni. Nie wiem, kiedy usnę, już mi jest lekko leciutko – szkoda byłoby, żeby mnie złapał Papierski śpiącego z takim maleństwem w dłoni.
Przebudzam się gdzieś nad dawną Grecją. Uderzamy kołami o ziemię, hamulce mocno stępiają bieg samolotu. Odjeżdżamy od głównego budynku, jedziemy lotniskowymi pasażami, zbliżamy się do metalowego hangaru, gdzieś na uboczu. Podchodzi do mnie generał. Jestem w szoku, że się odpiął z pasów, zanim samolot zupełnie wyhamował. Mówi, żebym się nie ruszał z miejsca. Większość trasy przespałem, druga buteleczka jeszcze nietknięta, może jakoś przeżyje do Krety.
Po kilku chwilach widzę w okienku, że wraca Papierski. Niesie czarny neseser. Czyżby dla mnie? Generał ładuje się do samolotu. Zerka na mnie, uśmiecha się; a idź ty draniu, do dzieci się swoich śmiej, a nie do mnie.
Przysiada się. Między nami rozkłada walizkę, ukazując mi jej zawartość: pięćset studolarowych banknotów, połowa mojej zapłaty. Samolot powoli rusza i lecimy dalej.
Lądujemy w Heraklionie. Wsiadamy w mój Volkswagen Kubelwagen, zaparkowany na płycie lotniska. Jeszcze wczoraj rzucałem kamykami w Morskie Oko. Jeszcze trzy lata temu miałem żonę i syna w drodze. Na pewno syna. Jego zdrowie, myślę sobie. Gdziekolwiek jest i choćby został na zawsze w Julki pękatym, pięknym brzuchu. Szukałem ich, jak Boga kocham. Szukałem ich.
Siadam za kierownicą. Nawigujemy na mojego Messerschmitta, skrytego na zboczach po południowej części wyspy.
Po długim czasie trafiamy na moją posesję. Grecy, których nająłem przed zgoła miesiącem do pilnowania samolotu i zapasów broni, są na miejscu. Przepełnia mnie entuzjazm: niedługo powinno być już po sprawie i powinien się pan szanowny generał Papierski ode mnie odżegnać.
Podchodzę do jednego z chłopaków. Przekazuję mu po grecku, co, w jakiej ilości i w jakiej kolejności mają załadować. Grecy zdejmują brezent z mojego ogromnego, zatankowanego pod kurek samolotu. Papierski, zdjąwszy koszulę, poszedł zobaczyć plażę; może nazbiera sobie muszelek, romantyczny polski bohater.
Po dwóch godzinach siedzimy już w samolocie. Kilkadziesiąt ton, pięćdziesiąt pięć metrów rozpiętości skrzydeł i ja, moje siedemdziesiąt sześć kilogramów, podrywam to żelastwo do góry. Papierski jak idiota, miał mnie zostawić w Zakopanem, a leci ze mną do Afryki.
Silniki ospale ryczą, zrywa mi go między chmurami, muszę mocno trzymać stery, muszę równać. Kieruję się na koordynaty podane mi przez Papierskiego. Dziwi mnie, że leci ze mną, bo to zawsze jednak niebezpiecznie.
Dolatuję do egipskiego wybrzeża, przyrządy nastawione mam na wskazany azymut. Lecę nisko, spodziewam się niebawem lądowania. I coś mi tu nie gra. Widzę wprawdzie lądowisko, tam gdzie być powinno, ale wszędzie wokół widzę Niemców.
„Papierski, tu są wszędzie Niemcy, zawracam!”
„Ląduj! Ląduj, no co zrobisz teraz?”
„Zawrócę! Patrz mnie, kurwa, jak zawracam! Musieli przejąć lądowisko, znajdziemy inne!”
„Żadne tam przejąć, ląduj!”
„Adam, co ty pierdolisz?! Przecież to są Niemcy!”
Pochwyciłem stery z całych sił i starałem się wymanewrować z lądowania, odejść z założonego kursu i wylądować gdzie indziej. Miałem jeszcze trochę paliwa. Samolot wściekle zawył, niemalże zarył podbrzuszem o pustynię, ale poderwał się i teraz leciał niechętnie i ciężko w górę.
Na ten mój manewr Niemcy zareagowali pociskami, wiem, bo mi świsnęło przy oknie. Miałem niejasne wrażenie, że kilkanaście z nich uszkodziło lewe silniki, bo samolotem mocno szarpnęło i przestał mnie słuchać. Papierski się cały pocił, charczał i miałem wrażenie, że zaraz umrze w butach.
Nieubłagalnie zbliżaliśmy się do ziemi, chociaż wciąż próbowałem poderwać maszynę.
Naraz się odezwał: „Alianci dawali mi sto tysięcy dla ciebie. Niemcy, za to samo, trzydzieści więcej. Cała nadwyżka dla mnie. To majątek przecież. Mógłbym skończyć z tą wojną, dla mnie byłoby już po niej”.
Bez skrępowania wyjąłem z kieszeni w połowie pełną butelkę, ostatnią moją butelkę. Taki akcent wydawał mi się czymś miłym, przywracał wspomnienia. Te dobre i te spośród złych, za którymi tęskniłem.
Stery już niezupełnie się mnie słuchały. Mogłem jedynie stabilizować lot, co by nie umrzeć do góry nogami. Dopiłem flaszkę na kilka łyków. Rozgrzało przyjemnie przełyk, rozgrzało język i podniebienie. Rozpiąłem pasy.
Uderzyłem z całej siły pustą butelką o podłogę. Ciężko było mi utrzymać się na nogach, ale szczęśliwie wpadłem wprost na Papierskiego, wbijając mu rozbite szkło w szyję.
Spojrzałem na walizkę pełną amerykańskich dolarów. Tyle by można dobrego za to.
I tak bym wszystko przegrał na konikach.
Ernest Przemingway
Dziękujemy za lekturę!
Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl


