Za dwiema obwodnicami i trzema strefami płatnego parkowania, w wysokim bloku, mieszkałem kiedyś razem z Olą, jej Bratem i Mamą Oli.
To było bardzo dawno temu, jeszcze zanim zupełnie zwariowałem.
Ola miała wtedy siedem lat, Brat Oli czternaście. Mama Oli uczyła muzyki, a poza tym była wiecznie zmęczona. Odbierała dzieci ze szkoły, robiła zakupy, sprzątała, gotowała i bardzo dużo mówiła o tym, co robi. Brat Oli był świetny w piłkę nożną i, jak na swój wiek, nader wyrośnięty.
Pracowałem w ważnej firmie, do której musiałem chodzić ubrany w garnitur. Rano wstrzymywałem powietrze, zawiązując krawat, i wypuszczałem je dopiero wieczorem w domu. Niekiedy wykrzykiwałem Mamie Oli, że na wysoki blok stać nas tylko dlatego, że mam tak poważną posadę. A potem tego żałowałem i ją przepraszałem.
Z czasem jednak stało się coś dziwnego, czego nie miała prawa zrozumieć Ola ani Brat Oli, a i Mamie Oli szło to dość opornie. Daleko za oceanem poupadały banki i dużo ludzi traciło swoje domy - a ja żyłem z tego, że sprzedawałem ludziom domy.
Przychodziłem do domu coraz później i coraz bardziej zdenerwowany. Ola i Brat Oli siedzieli cichutko jak myszki pod miotłą i słuchali, jak Mama Oli na mnie krzyczy. Z początku coś odkrzykiwałem, ale potem też siedziałem cicho.
W pracy rozmawialiśmy o decyzjach obcych rządów, o planach ratunkowych, o tym, że wszystko musi się przecież ułożyć. Powtarzałem potem w domu przy kolacji, że wszystko musi się ułożyć. Później chowałem twarz w dłonie i tak zastygałem nad talerzem z kiełbasami.
Mijały kolejne tygodnie, a atmosfera w domu była coraz bardziej napięta. Pod moim łóżkiem zamieszkał potwór „następna rata kredytu”. Nie dostrzegałem, że Brat Oli wraca ze szkoły z zaczerwienionymi pięściami i niekiedy rozciętą wargą. Mama Oli popadała w pewien marazm. Potrafiła przez kwadrans myć jeden talerz, wgapiając się tępo w ścianę.
Wracałem z pracy coraz później, często tak późno, że całe mieszkanie w wysokim bloku pogrążone było już we śnie.
Pewnego dnia, który różnił się od innych chyba tylko tym, że skrzynka pocztowa bardziej spuchła od kopert, spotkałem dawno niewidzianego kolegę. Weszliśmy do baru i tam, nad drugą szklanką, opowiedział mi o słoniach.
Zaintrygowało mnie to. Ucieszyłem się, że wreszcie wstąpił we mnie jakiś wigor, jakaś radość i zainteresowanie.
Dość szybko całkowicie mnie to pochłonęło. Po powrocie z pracy nie fatygowałem się, aby z kimkolwiek się przywitać. Nie dbałem o przebranie się w domowe ubrania. Nie słuchałem nawet zwyczajowych litanii Mamy Oli o tym, jak wiele miała danego dnia problemów. Po prostu siadałem w salonie, włączałem telewizor i rozkładałem przed sobą albumy dotyczące słoni, które kupowałem w osiedlowych sklepach.
Najczęściej nie miałem wcale ochoty przeglądać ich w domu, i wtedy wstępowałem do któregoś z pobliskich barów, gdzie łatwiej było o ludzi rozumiejących słonie.
Mama Oli martwiła się o Brata Oli, który stawał się coraz bardziej niegrzeczny. Wciąż dzwoniono do nas ze szkoły. Wystarczyła najmniejsza drobnostka, aby sprowokować go do bójki. Gdyby nie zupełnie niecodzienne wyniki z WF-u, jego promocja do następnej klasy mogłaby być zagrożona.
Mama Oli powiedziała mi jednego dnia, że jest zdumiona, jak bardzo w czasie rozciągać może się beznadzieja i jak niewiele dróg wyjścia ma kobieta blisko czterdziestoletnia, bez żadnych prawie zarobków, za to ze wspólnym kredytem. Ignorowałem całkowicie jej umierającą chęć do życia, wykonywała więc sumiennie swoje prace domowe, znajdując pewien komfort w atrapie rodziny, którą tworzyła. Wciąż wierzyła, że ma te moje słonie pod kontrolą.
Nadeszła wiosna i na nasze osiedle miał zawitać cyrk.
Stanowiło to dla mnie igraszkę, na jedną z atrakcji zaplanowano bowiem występ małego słonika. W tym okresie wychodziłem już z pracy bardzo wcześnie lub w ogóle do niej nie chodziłem. Spędzałem całe dnie w barach, rozprawiając z innymi pasjonatami słoni, których było znacznie więcej, niż z początku mi się wydawało. Kilku mieszkało nawet w moim bloku.
Wreszcie cyrk zajechał na osiedle. Od rana myślałem tylko o słoniach, a na festynie towarzyszącym wydarzeniu przez kilka godzin dyskutowałem o nich z kolegami.
Zasiedliśmy w pierwszym rzędzie. Miał to być wspaniały wieczór.
Ola, Brat Oli i Mama Oli byli zadowoleni do czasu, do kiedy na scenie nie pojawił się ten nieszczęsny słonik. Był bardzo chudy i wynędzniały. Ola rozpłakała się od razu, kiedy tylko go zobaczyła. Słonik był tak wstrętny, że wszystkie dzieci poza Bratem Oli wpadły w histerię i całe rodziny zmuszone były opuścić cyrk.
Mama Oli szykowała się do wyjścia. Na słonika wprost nie dało się patrzeć. Ja trwałem jednak niewzruszony, zauroczony tym pożałowania godnym zwierzęciem. Jego bezkrytyczność w stosunku do świata, jego obojętność oraz bardziej lub mniej świadoma rezygnacja były dla mnie najpiękniejszymi cechami pod słońcem.
Jako jedyny w całym cyrku pozostałem na miejscu.
Słonik ledwo stał na nogach, a po chwili nawet się przewrócił. Na tym show zakończono. Na scenę wyszedł właściciel cyrku, który wydawał się zaskoczony, że wytrwałem do tego momentu.
Podoba się panu słoń? Jest na sprzedaż.
Długo się nie zastanawiałem. Umówiłem się z cyrkowcem w pobliskim barze, wybrałem ostatnie oszczędności w bankomacie i niedługo później dobiliśmy targu.
Zadowolony, prowadziłem słonika na sznurku w kierunku wysokiego bloku. Byłem wprost pijany ze szczęścia, choć zwierzę co rusz wyrywało się, kilkukrotnie mnie przewracając. W końcu udało mi się wprowadzić je na klatkę schodową.
Słonik ledwo zmieścił się do windy. Choć próbowałem wcisnąć się wraz z nim, w windzie zabrakło już miejsca. Wcisnąłem więc „16” i ruszyłem w górę schodami.
Po kilkunastu latach mozolnej wspinaczki wreszcie wtarabaniłem się na ostatnie piętro wysokiego bloku. Słonik w międzyczasie wyszedł sobie z windy i przechadzał się pod drzwiami mojego mieszkania. Na mój widok leniwie zatrąbił.
Zaprowadziłem go do kuchni.
Zwierzę dokazywało całą noc. Musiałem z nim siedzieć, mimo że oczy mi się zamykały i przysypiałem na stole. Ze zmęczenia wywaliłem się na podłogę, budząc Olę, Brata Oli i Mamę Oli. Wszyscy mieli do mnie o to dość duże pretensje. Uważali, że nie powinienem był sprowadzać słonika do mieszkania.
Mama Oli w szczególności podkreślała, że słonik to jednak dość spore zwierzę i że nie poradzę sobie z opanowaniem go. Stali w trójkę w drzwiach tej kuchni, a ja byłem tak zmęczony, że dwoili w oczach. Było dla mnie absurdalne, że psują mi wieczór ze słonikiem, więc wszystkich ich skrzyczałem, a oni pouciekali po swoich pokojach.
Kolejne tygodnie obfitowały w coraz gorsze wydarzenia.
Byłem zupełnie zajęty słoniem i bardzo irytowałem się, kiedy ktoś zwracał mi na to uwagę. Ku niezadowoleniu domowników słonik nie był nawet miłym zwierzęciem. Nie machał wesoło trąbą, nie wydawał ładnych dźwięków. Jadł, leżał, sikał i zostawiał po sobie coraz więcej pracy.
Kiedy minęło wiele dni, a ja wciąż nie zmieniłem bielizny, dla Mamy Oli stało się jasne, że słonik zostaje na stałe.
Żyliśmy już wtedy jedynie z jej skromnej pensji i z tego, co pożyczałem od znajomych i rodziny. A i tak prawie wszystko szło na karmę dla słonia.
Mama Oli wreszcie zdobyła się na odwagę i stanęła przede mną w kuchni, gdy akurat dokarmiałem słonika przy stole.
To się musi skończyć, powiedziała - do nikogo, ponieważ zasnąłem pomiędzy „to”, a „się”.
Kiedy się przebudziłem, spojrzałem na słonia. Siedział po drugiej stronie stołu, w tym cichym, przepełnionym porannym słońcem mieszkaniu, i patrzył na mnie doświadczonymi słoniowymi oczami. Wachlując się wielkimi uszami, podsunął mi trąbą szklankę.
Wychyliłem jej zawartość i od razu znów usnąłem.
Ciężko mi się budziło nazajutrz. Odruchowo chwyciłem karmę słonia i podstawiłem mu ją pod pysk.
Ten wciągnął wszystko szybciej, niż zdążyłbym powiedzieć: Mamo Oli, tak bardzo cię przepraszam.
I wtedy chyba to się stało.
Słoń grubiał już od dłuższego czasu i w końcu stropy te, ściany te, nie wytrzymały. Opadałem wraz ze słoniem szesnaście pięter, jedno za drugim, trzecie za czwartym, przebijaliśmy sufity i podłogi, lecąc wciąż w dół i w dół.
Chwilę później, kaszląc od pyłu wydobywającego się z gruzów i otrzepując się ze szkła z pogruchotanych okien, w pełni zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem.
Na poboczu, obok samochodu, leżała Mama Oli; piękna, nienaturalnie powyginana jak w pocałunku Klimta. Brat Oli trzymał rękę pod jej głową i cicho z nią rozmawiał.
Oddałbym wątrobę za to, że spośród gruzu wystawała, leniwie się kołysząc, słoniowa trąba.
