Dzień dobry,
punktualność pociągów bywa narracyjnym fetyszem - w szczególności dla osób, odnajdujących w niej kuriozalną sposobność do wyrażenia sympatii dla słusznie minionych czasów.
Z punktualności pociągów słynął niegdyś pewien kraj.
Potem w bardzo krótkim czasie wykonał on cztery salta, dwa podskoki oraz przysiad - tak że nikt nie był już pewien, w którym miejscu w zasadzie stał, kiedy zaczynał ową gimnastykę; on jednak utrzymywał, że w tym dobrym.
Od myślenia o tym, wszystkich w końcu rozbolała głowa, a że kraj ten słynął z dobrego jedzenia i picia, wszyscy dali sobie z tymi rozważaniami spokój i zajęli się ucztowaniem.
Minęły lata, a kraj ten - lubiany przecież uniwersalnie już na początku - wyzbył się całego rezerwuaru niesmaku. Aby jednak zrzucić resztki podejrzeń, rozregulował on zupełnie cały swój sektor publiczny i pociągi nie tylko zaczęły się w nim spóźniać, lecz niekiedy nawet i nie pokazywały się cały tydzień na stacji, pomimo, że podróżnicy czekali na nie, pełni oczekiwań.
Drodzy Państwo, usiłuję tym samym powiedzieć, że to że coś niekiedy nie działa, bywa zmianą na lepsze.
W tym wydaniu, przyjrzymy się nieco bliżej rzeczom zepsutym, niesprawnym, pozornie nieładnym.
Do lektury,
Stocktavian August
SPIS TREŚCI:
1/ Ponieważ jestem tego warty (SA),
2/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),
3/ Brzydkie malarstwo (MV),
4/ List z pozornie przerwanej podróży (EP)
Ponieważ jestem tego warty
Przed kilkunastoma dniami we Francji wydarzyła się rzecz pozornie błaha - druga najcenniejsza publiczna firma wyprzedziła tę pierwszą. Rzecz w tym, że ta pierwsza okupowała swoje pierwsze miejsce dość długo.
Zanim nazwiemy te firmy, przypomnimy sobie poznański wernisaż malarski, sprzed wielu, wielu lat - i to tylko z uwagi na jego tytuł: „Obudziłam się dorosła”, na którym prace przedstawiała M. Bartosik.
Jest chyba w pewnym sensie przyjętym konsensusem, że od kilkunastu lat (a może i dłużej) coraz trudniej jest wchodzącym w dorosłość ludziom pozwolić sobie na prawdziwe jej atrybuty, jak dom, mieszkanie.
W samą zresztą też dorosłość wchodzą z pewnym opóźnieniem względem swoich rodziców, a co dopiero dziadków - a jeszcze studia, a jeszcze kariera, w nuklearnych rodzinach nie ma też zresztą szczególnej presji, aby z czymkolwiek się spieszyć. Oktawian August miał to swoje powiedzonko, aby spieszyć się powoli, chodziło mu jednak niestety o coś odrobinę innego, a już na pewno nie o to, aby się w życiu ślimaczyć.
Bezsprzecznie jednak w pewnym momencie budzimy się dorośli i tej dorosłości pragniemy doświadczać - również i poprzez zarządzanie własnym portfelem - nagradzanie się, drobne luksusy.
Dawniej z powodzeniem był to (przynajmniej w Polsce) porządny kebab, czy wyjazd nad Bałtyk - sporo jednak pozmieniał Instagram. Czy tego chcemy czy nie, dla bardzo wielu osób świat rzeczywisty powoli rozpoczyna istnienie wyłącznie jako scena do przeżywania doświadczeń na potrzeby świata wirtualnego.
Zależność ta wprost przełożyła się na pojęcie tego, co postrzegamy społecznie jako nagrodę, przyjemność, wartościowy sposób spędzania czasu. Skoro życie społeczne przeniosło nam się na ekrany, to wysoką wartość zyskały te artefakty, które na tym ekranie łatwo rozpoznać.
Modne kawiarnie i serwowane w nich dania, choć niezrozumiałe dla naszych babć, rozumiane są instynktownie przez wszystkich, którzy codziennie odwiedzają rolki tych znanych oraz nieznanych sobie ludzi. Podobną funkcję pełnią koncerty, wakacje, zmiany samochodów, dyniowe farmy i psie retreaty.
Do pewnego czasu, tego rodzaju konsumenci stawali się paliwem napędowym najcenniejszej francuskiej firmy. Zakup torebki czy butów z charakterystycznym LV pozwalał wyróżnić się z tłumu rolek realizowanych w tych samych miejscach i okolicznościach, przypisywał bowiem ich autorom dorozumianą majętność. Po pewnym czasie, pojawiły się jednak trzy problemy:
→ dotychczasowi, tradycyjni odbiorcy marki nie poczuli się dobrze w środowisku, w którym przestali się wyróżniać, nie zawsze też reagowali pozytywnie na powiększanie logotypów. Chęć uzyskania odróżnienia zaczęła stwarzać wszystkie zjawiska w rodzaju quiet luxury, które było o tyle korzystne, że wymagało jeszcze zgrywania się, że potrafi się odróżnić materiały i kroje, a nie tyle wielkie PP czy LV
→ obiektyw aparatu nie zawsze rozróżniał produkt oryginalny od tego podrobionego, stąd powstało być może niekiedy wrażenie, że torebki Fendi łatwiej spotkać jest w tramwaju, niż w często odwiedzanej restauracji
→ istotna część wzrostu branży luxury pochodziła z sukcesywnego podnoszenia cen - i, jak się zdaje, w przypadku wielu konsumentów, ceny te przegoniły wreszcie ich możliwości
Dwie najcenniejsze francuskie firmy (LVMH oraz L’Oreal) odpowiadają na podobną w gruncie rzeczy potrzebę:
→ pierwsza z nich, LVMH (która stała się drugą) nierzadko mawia: pokaż światu, że ci się wiedzie, że ci się udało
→ druga z nich, L’Oreal (która stała się pierwszą) pozwala „poczuć” się lepiej, wyglądać ładniej, mieć własną, prywatną chwilę luksusu - uśmiechnąć się do siebie. (Bardzo symptomatyczne, że to dokładnie wokół takich emocji od miesięcy układa swoją polską kampanię reklamową również Rossmann)
Konsument, znajdujący się pod presją lub zbierający zewsząd sygnały o „gorszych czasach”, zniechęcony wysokimi cenami dóbr luksusowych, nie chce wcale przestać wydawać, bywać i czuć się dobrze - po prostu, wydaje być może nieco mniej, być może nieco częściej. Kiedy raz poczuło się, że jest się wartym uwagi innych, bardzo trudno jej sobie odmówić.
Stocktavian August
Skrócony Briefing Giełdowy
Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.
Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.
Nie minęły nawet dwa tygodnie, od kiedy otrzymaliśmy niezadowalające dane o amerykańskiej inflacji. Później usłyszeliśmy, że IPO OpenAI zostanie najprawdopodobniej odroczone, opublikowano również głośny apel Anthropic o spowolnienie prac nad rozwojem AI.
Następnie, w Ameryce podniesiono stopy procentowe. Słyszeliśmy też co nieco o sukcesach militarnych Houthich i potencjalnym zablokowaniu drugiej z cieśnin dla żeglugi towarowej. OpenAI / Anthropic, na których nieco zasadza się trade rozbudowy AI oraz ogrom prywatnych wycen, odczuwają nieziemską presję ze strony otwartych modeli, ograniczonej użyteczności najlepszych modeli dla swoich użytkowników końcowych oraz uroczej maskotki Muse od Meta.
Co za dwutydzień!
Na wszystkie te zdarzenia rynek reagował osobliwie. Spojrzywszy na powyższy zestaw katastrof i uświadomiwszy sobie ich nagromadzenie w krótkim czasie, niejeden inwestor mógłby spodziewać się co najmniej zauważalnych spadków na indeksie.
Tymczasem, nic takiego nie nastąpiło! I w zasadzie, w tym miejscu lekturę zakończyć mogłyby osoby, które w świetle ostatnich miesięcy uznały, że w obecnym, dziwnym otoczeniu rynkowym, najlepiej jest poprzestać na umiejętnie dobieranym miksie etf-ów.
Kiedy banki inwestycyjne aktualizują w dół swoje prognozy na koniec roku dla indeksu, wskazując jednocześnie, że w zasadzie nie da się przewidzieć przyszłego scenariusza dla ropy, być może warto odetchnąć i zaprzestać prób przewidzenia kierunku rynku jako całości.
W takich okolicznościach, pozostaje nam spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dostrzegamy mimo wszystko pojedyncze „trades”. Na dzisiaj, wydają się nimi być:
→ Muse od Meta, czyli agent stworzony z konsumentem na uwadze. Ktokolwiek używał appki Grok Bot, spoglądając na screeny Amerykanów, dostrzega oczywiste różnice: Muse sama aktywnie podpowiada nam swoje zastosowania, ma przejrzysty interfejs, nie wymaga od użytkownika jakiejkolwiek wiedzy technicznej
→ otworzywszy twitter ma się wrażenie, że Muse używa już każdy Amerykanin, ale to zwyczajnie ogromna przesada - liczba dziennych użytkowników to na tę chwilę raczej wysokie kilkaset tysięcy osób. Również i najczęstsze use cases brzmią dość elitarystycznie - np. usuwanie zapomnianych subskrypcji, monitorowanie zmian cen przy biletach lotniczych w taryfie elastycznej. To nie jest masowy konsument
→ tym samym, obecne ruchy giełdowe obserwowane na skutek premiery Muse, do złudzenia przypominają pierwsze reakcje na ChatGPT. Nawet dość rozkojarzony uczestnik rynku mógł z powodzeniem odgadnąć pierwszych partnerów Muse, ponieważ byli oni identyczni, jak w przypadku GPT - ich zachowanie giełdowe, również (vide Instacart)
→ jakkolwiek Meta jest w niesłychanym pędzie, zaś Muse to produkt z naprawdę wysokim potencjałem - zwłaszcza w środowisku rozbudowanego hardware Meta (okulary + tamagotchi) - obecny „trade” w znacznej mierze już się raczej rozegrał. Widać zresztą, jak szybkie, nieprzemyślane i przejściowe są giełdowe nań reakcje (vide Fastly, czy Expedia). Jedyną spółką, która zdaje się rzeczywiście złapać trwalszy pozytywny efekt, jest sama Meta - i, do pewnego stopnia, Shopify, ponieważ niektórym zdało się chyba, że zostanie agencyjnym Amazonem, skoro sam Amazon z tego akurat use case się wypisał (czy w Polsce kandydatem na taki use case Shopify byłby Shoper? Chętnie poznam Państwa opinię)
→ skoro powyższe oznacza raczej próbę szybkiego załapania się na ten trade oraz ekspresję herd mentality na Meta, gdzie poszukiwać rzeczywistego trade na Muse w przyszłości? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musielibyśmy zastanowić się, jakiego rodzaju use cases agent ten jest w stanie zrealizować dla zupełnie przeciętnego użytkownika produktów Meta (których w samej Polsce jest dwadzieścia kilka milionów)
→ aby spróbować udzielić odpowiedzi na to pytanie, musimy zastanowić się nad architekturą przyszłych rozwiązań - czy agent każdego hotelarza zbierze od niego zestaw tych samych informacji? Czy każdy taksówkarz będzie dysponował agentem zgłaszającym jego obecną dyspozycyjność, rodzaj auta, lokalizację? Czy restaurator będzie posiadał agenta posiadającego aktualną informację o wolnych stolikach, menu, czasie oczekiwania?
→ czy wszystkie te informacje zostaną zagregowane w sposób umożliwiający swobodną i bezpieczną wymianę informacji (Meta?), płatności (Meta Pay?), recenzowanie, usuwanie złych aktorów, reklamacje? Brzmi to mimo wszystko jak wizja, która dla nawet pozornej realizacji potrzebuje co najmniej kilku, kilku lat
→ w czasie tych „lat” obecni aktorzy nie będą siedzieć bezczynnie. Tworzyć będą narzędzia identyfikujące ruch agentów na swoich stronach, być może ich wykluczające. Będą tworzyć swoich agentów i próbować przekonać do nich swoich użytkowników. Będą zamykać swoje dane, tworzyć grodzone ekosystemy
→ wszystkie powyższe punkty pokazują nam swoisty „krajobraz widziany przez dym”. Coś tutaj widać, można się domyślać kierunków, ale jest bardzo wiele niewiadomych. W konsekwencji, wysnuć można chyba dwa podstawowe wnioski:
1/ większość sympathy plays do agentów będzie raczej krótkotrwałymi zdarzeniami na kursie, do czasu, aż nie zostanie wykazany trwały wpływ na wyniki dotkniętych spółek
2/ zyskiwać powinni ci gracze, którzy posiadają ogromną sieć dystrybucji do użytkowników, swoje urządzenia znajdujące się w rękach użytkowników oraz środki na próby i błędy - zwłaszcza tych ostatnich będzie chyba po drodze stosunkowo dużo
Fascynujące czasy przed nami!
Stocktavian August
Brzydkie malarstwo
Z nieskrywaną radością i rozbawieniem przyjąłem prośbę red. Augusta, abym przygotował wstęp do pierwszego dłuższego eseju red. Marka V. Szczerze mówiąc, nie znoszę, kiedy inni pisarze napiszą coś dobrego, zwyczajnie im tego zazdroszcząc - z największym przekonaniem odradzam zatem Państwu lekturę poniższej pracy o malarstwie J. M. Basquiata.
Ernest Przemingway
ŻYCIE
W grudniu 1960 r. na nowojorskim Brooklynie, w rodzinie o mieszanym, haitańsko-portorykańskim rodowodzie, przychodzi na świat Jean-Michel Basquiat. Nie wyróżnia się niczym szczególnie istotnym; ekspresowo zaczyna czytać i pisać (4 latka), prędko mówi w trzech językach (11 lat), wcześnie wpada pod samochód (7 lat), szybko umiera od heroiny (27 lat).
W wyniku wypadku traci śledzionę; podczas rehabilitacji nudzi się siermiężnie. Aby tę nudę rozwiać choć w niewielkim stopniu, matka podarowuje mu Anatomię Greya; kobieta ta zresztą w rozwoju osobowości chłopca odgrywa rolę niebagatelną od najmłodszych lat: zapewnia mu regularne wizyty w nowojorskich muzeach, zapisuje go do szkół o profilu artystycznym, dopinguje jego zacięciu do rysunku.
Wkrótce po wypadku, małżeństwo jego rodziców zaczyna sypać się w tempie geometrycznym. Zważywszy na silną deteriorację psychiki matki (ostatecznie skierowanej do przymusowego leczenia), chłopak wraz ze swymi siostrami trafia pod pełną opiekę ojca - statecznego finansisty. Basquiat do końca swego krótkiego życia starać się będzie o ojcowską akceptację dla obranej przez siebie drogi życiowej.
Ojciec jego bowiem przełamał klątwę haitańskiego pochodzenia na rzecz względnego ustatkowania, akcesu do niższych warstw amerykańskich klas średnich; od swojego syna oczekiwał zaś dokładnie tego samego, czego uprzednio oczekiwał od siebie - ukończenia uczelni, zdobycia stabilnej pracy i stworzenia siatki towarzyskiej, złożonej z członków odpowiadających statusowi społecznemu wyszarpanemu białej Ameryce.
Ukształtowany w ten sposób młody umysł stanowił beczkę prochu. Rozbudzona w kierunku sztuki i rysunku osobowość nie chciała podążać wzwyż wyznaczonej przez ojca drabiny, która coś obiecywała, niczego jednak nie gwarantowała.
Młodziutki malarz tę ojcowską ścieżkę odrzuca. Dorasta w Ameryce po Wietnamie, w okresie przewartościowania kontrkultury, która swych pierwszych, buntowniczych bohaterów zdążyła już włączyć do establishmentu. Teoretycznie więc wszystko jest możliwe, wszystkim obiecano równe szanse - niezależnie od płci, koloru skóry czy wyznania: Basquiat jest jednak przekonany, że podążając konformistyczną ścieżką rozwoju, nigdy nie zrealizuje swojego największego marzenia - zgłoszenia akcesu do artystycznego panteonu.
Nowy Jork przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, choć modny i magnetyczny, choć wielce kosmopolityczny, w zakresie sztuki zachowywał bowiem dość jasną dychotomię - przestronnych, poważanych gmachów oraz pomazanych graffiti ulic. Te pierwsze mieściły siedziby szacownych instytucji, skrywających pod swymi dachami prace abstrakcjonistów ekspresyjnych - w przytłaczającej większości białych mężczyzn w sile wieku (vide znane zdjęcie "klubu abstrakcjonistów" z 1950 r.).
Na ulicach, którymi się ten modny Nowy Jork przechadzał, używanie zaś miała cała reszta - w tym między innymi i Basquiat. Artysta zdecydował się opuścić rodzinę na stałe w wieku szesnastu, siedemnastu lat; od tej pory zamieszkiwał będzie na kanapach u znajomych lub w kartonach w parkach. To wówczas zacznie zmagania z uzależnieniami i nałogami, które towarzyszyć będą mu przez całe dorosłe życie.
Wraz ze swym przyjacielem ze szkolnej ławki założy szumny z nazwy kolektyw SAMO; duet ten obsmaruje swoimi graffiti znaczną część nowojorskich ścian. Od innych przykładów sztuki ulicznej, twórczość Basquiata odróżniała poetycka wymowa i społeczne zaangażowanie prezentowanych treści. W swoich pracach obficie nawiązywał do problemów ubogich mieszkańców miasta oraz przejawów dyskryminacji rasowej. Po wystawie prac podczas zbiorowej ekspozycji New York/New Wave oraz artykule Rene Ricarda ("The Radiant Child") w prestiżowym Artforum (oba zdarzenia miały miejsce w 1981 r.), Basquiat w zasadzie z dnia na dzień wchodzi na artystyczny Parnas.
W podbitym przez siebie świecie pozostawał jednak pariasem, niepasującym elementem - bez szkół, tradycji czy historii. Kimś kogo wpuszczono na salony, odbierając mu jednocześnie godność; cyrkową małpką, z którą dobrze było się pokazać. Jego sztukę traktowano jako wytwory "promiennego dziecka", nazywany był "czarnym Picassem". Kolor skóry był zresztą dość często wykorzystywany przy opisywaniu jego prac; nierzadko chciano nabywać jego obrazy właśnie z uwagi na fakt, iż był uznanym czarnoskórym malarzem sztuki nowoczesnej.
Nowojorska socjeta chciała mieć w domu obrazy afroamerykańskiego enfant terrible, o ile tylko, rzecz jasna, pasowały kolorystycznie do kanapy. Malarza nigdy tak naprawdę nie wpuszczono do środka; w świecie sztuki współczesnej znalazł się raczej na skutek wsadzenia nogi w drzwi. Miano do niego cały szereg uprzedzeń: młody, były wandal mażący po ścianach, bez wykształcenia i patrona, czarnoskóry.
Jego prace traktowano jako impulsywne - choć posiadał szeroką wiedzę z zakresu historii sztuki, odmawiano poszukiwania w jego obrazach choćby jej śladów. Nawet artykuł, który zwrócił na niego uwagę świata sztuki, w tytule zawierał słowo dziecko, dziecko zaś nie tworzy na poważnie - dziecko się bawi.
Jednym z symboli wykorzystywanych przez malarza najczęściej była korona. To królewskie insygnium, poprzez jego pędzel, nabiera nowego znaczenia - nie upoważnia bowiem do władzy nad zbiorowością, nie upoważnia do rozporządzania innymi; ogniskuje się w nim natomiast potrzeba uzyskania kontroli nad własnym losem.
Nie istnieje jakakolwiek oficjalna interpretacja tego symbolu w jego malarstwie; sam artysta o swoich pracach rozmawiać nie lubił, uważając, że powinny bronić się same. Znane są jednak anegdoty o napadach furii, kiedy jego obrazy sprowadzano do bohomazów; czym zatem mogła być dla niego korona?
KORONA
Artyści w toku historii z reguły tworzyli w ramach określonych tradycji i szkół, pod opieką patronów czy mecenasów. Tymi ostatnimi nierzadko byli monarchowie, którzy utrzymywali na swoich dworach całe grupy artystów.
Wzbogacając kulturalnie swoje zamki i pałace, umożliwiali jednocześnie wykształcanie trendów w architekturze, malarstwie, rzeźbie oraz w innych dziedzinach sztuki, oddziałujących daleko poza granice ich państw.
Tytułem przykładu, Las Meninas Velazqueza, jedno z bodaj najbardziej istotnych dzieł w historii sztuki, powstało podczas pracy malarza na dworze hiszpańskiego monarchy, Filipa IV - w ramach tzw. Złotego wieku Hiszpanii, okresu w sztuce przypadającego na okres aktywności politycznej hiszpańskich Habsburgów.
Tego rodzaju swoiste "stypendium" miało dla artystów sporo plusów; jeżeli jego beneficjentem był dodatkowo artysta nie przejawiający aspiracji do formułowania buntowniczych przekazów (w treści czy w formie), był to układ idealny.
Synekury takie wpływały jednak na wykorzystywane techniki, dobór treści czy sposób ich prezentacji; być może Ludwik XIV nie wyszedłby tak cukierkowo piękny na portrecie pędzla Rigauda, gdyby ten ostatni nie był od monarchy w pełni zależny.
Basquiat, jako młody uciekinier z domu, bez dorobku czy wykształcenia, mógł swoich monarchów szukać ze świecą w ręku. Pomieszkując w kartonach, tworzył swój dwór na nowojorskich ulicach, grafitując na nich swoje hasła i rysunki. Nie odbierając formalnego wykształcenia z zakresu sztuki zdany był w pełni na siebie - w efekcie podjął się samodzielnego trudu wytworzenia swojej własnej szkoły, swojej tradycji.
Tym samym, twórczość jego nie musiała wciskać się w jakiekolwiek ramy - przeciwnie, mogła oprzeć się na indywidualnym języku i przekazie oraz zachować pełną oryginalność. Malarz stworzył swój własny dwór, własny mecenat - własną koronę.
Marek V.
List z pozornie przerwanej podróży
Poranek w Indiach. Wychodzę z hotelu, na zewnątrz jest zupełnie ciemno. Potykam się o krowę, czemu krowa tkwi w drzwiach do hotelu, myślę sobie, bo wtedy jeszcze cokolwiek było w stanie mnie tam zdziwić. Wymijam ją z przepraszającą miną, ona patrzy na mnie jak na wariata.
Gdy mój niesprawdzony jeszcze indyjską ziemią but ląduje do połowy w tym, co jeszcze wczoraj było ulicą - a teraz jest jedynie rwącym błotnistym potokiem - uświadamiam sobie z pełną rozciągłością, dlaczego krowa chowa się w drzwiach hotelu. A więc to jest ten monsun.
Jadę do Agry, zobaczyć Taj Mahal, a jedyny pociąg, na który jeszcze były bilety, odjeżdża skoro świt. Podążam w tym nieludzkim deszczu główną arterią starego Delhi. W końcu, wyglądając jak gdybym ostatnie dziesięć lat stał w ubraniach pod prysznicem, melduję się na peronie głównego dworca kolejowego.
Miliard ludzi, sto pociągów, nikt nic nie wie. Stoję z oczami szerokimi jak pięciozłotówki i powoli zaczynam się uśmiechać. Wydaje mi się, że znalazłem dobry pociąg, ale zawsze jest ryzyko, że to jednak zły pociąg i wywiozą mnie do Kaszmiru, Bangladeszu czy Nepalu.
Mają tutaj taki miły zwyczaj, że wywieszają na wagonach listę z nazwiskami pasażerów. Spróbuję "odnaleźć siebie" w Indiach, to podobno bardzo modne. "Przemingway", to pewnie ja, czyli jedziemy do Taj Mahal. Jak na warunki indyjskie to niedługa trasa. Na dworcu spokojnie, za to przed dworcem entropia - taksówkarze, wszędzie taksówkarze, wszyscy chcą mnie podwieźć, policjanci próbują nad nimi zapanować czułym dotknięciem bambusowych pałek. Cierpliwie przedzieram się do punktu przedpłaconego taxi.
Cudy świata ze wszystkim innym łączy to, że po raz pierwszy można zobaczyć je tylko raz. Mój pierwszy raz z Taj Mahal przypadł na potknięcie się o ostatni schodek prowadzący do rooftop restaurant. Znudzony kelner dyskretnie parsknął śmiechem, a ja, przetarłszy kolana, stanąłem na wyprostowanych nogach. A tak, Taj Mahal.
Mauzoleum z białego marmuru, kopułę otoczoną czterema minaretami, cesarz Shah Jahan wybudował dla swojej żony, która zmarła przy porodzie ich czternastego dziecka. Jest co zwiedzać, są bogato zdobione wnętrza mauzoleum, są podcienie i ogrody; najbardziej jednak zajmującym zajęciem zdaje mi się być rozłożenie na ławeczce, z której widać Taj i towarzyszących mu turystów. Po rzece suną łódeczki pełne Azjatów z aparatami o długich obiektywach, frontem do mauzoleum zakochane pary buziaczkują się tak, aby cud świata wypełniał na zdjęciach intymną przestrzeń pomiędzy ich oczami.
W Agrze nie zagrzewam zbyt długo miejsca, odwiedziwszy Taj i Czerwony Fort ruszam w dalszą drogę. Mój kolejny cel to Święte Miasto wielu imion - Varanasi, Benares, Banaras, Kashi. Naturalnie, na pociąg z Agry do Varanasi nie było już biletów; miliard indyjskich obywateli zdecydowało się tego dnia przemieścić spod Taj Mahal wprost nad Ganges.
Sprzedawca oferuje mi odjazd z Tundli, miejscowości położonej nieopodal Agry.
Z biletami w ręku wychodzę na ulicę. Spoglądam na faceta stojącego przy rikszy. On łapie mój wzrok, trochę mnie tym przerażając, bo ma tylko jedno oko i jakoś nie możemy się w tej grze spojrzeń połapać. Zbliża się do mnie kulawym krokiem, a ja się pocę, nie tylko od czterdziestostopniowego upału ale też i ze strachu, że mam się z tym człowiekiem za chwilę targować. Szczęściem rzuca stawkę, która nie zwala mnie z nóg i już po chwili znów ruszam w drogę.
Dworzec w Tundli nie przypomina dworca. Niby są tam dwie linie torów, ale wszędzie na peronie siedzą krowy. Setki szczurów przechadza się po wiatach tuż nad moją głową. Słyszę ich szczurze gaworzenie, słyszę jak piszczą, przepychając się po nieznanych mi szczurzych ścieżkach. Mija godzina odjazdu, mijają kolejne minuty, nic nie nadjeżdża.
Naraz, na stację wjeżdża kilka pociągów naraz. Szczęśliwie ktoś wskazuje mi właściwy skład. Wchodzę do przedziału, odnajduję swoją kuszetkę. Zakładam na siebie kolejne warstwy ubrań - założę się, że gdzieś w indyjskim ministerstwie transportu wisi hasło Klima zobowiązuje!
Pociąg co chwila gdzieś się zatrzymuje, a ja wiem, że to już ta godzina, w której powinniśmy być na miejscu. Mniej więcej. Pytam więc na każdej stacji: czy to już Varanasi, czy to jest Benares? Ostatecznie wysiadam, mając w głowie tę wyzwalającą świadomość, że być może wcale nie wysiadam w Varanasi.
Pociąg opuściłem jednak w Świętym Mieście, położonym na trójzębie Siwy. Ktoś to miejsce zostawił samemu sobie i pozwolił mu trwać równie leniwie, jak leniwy jest tutaj nurt Gangesu; rzeka spowalnia, aby dokładnie przyjrzeć się wszystkiemu, co zabiera ze sobą dalej, aż do wód Zatoki Bengalskiej. A zabiera stąd rzeczy doprawdy niecodzienne.
Święte Miasto, święte zwierzę, święta rzeka - wszystko tu obraca się wokół świętości niczym bęben rewolweru, by ostatecznie wypalić prochem prosto do mulistych wód Gangesu. Facet obwożący mnie łódką powiada, że najszczęśliwszym jest ten, kto umrze w Varanasi i czyje spopielone ciało zostanie wrzucone do rzeki. Kończąc opowieść, nabiera w dłoń solidną porcję wody i płucze nią usta, odsłaniając pięciolinię zapisaną nutami krzywych zębów.
Z brzegów dostrzegam ghaty, ciągi schodów prowadzących do rzeki. Ghaty posiadają różne funkcje - na niektórych gra się w krykieta, na innych pali się ciała. Religijni Hindusi niekiedy całe życie oszczędzają, aby zebrać sumę konieczną dla zakupu drewna kremacyjnego. 250 kilogramów drwa i trzy godziny ogniska, podobno tyle trzeba.
Z hotelowej werandy obserwuję tę kawalkadę życia przy rzece, płynnym cmentarzysku - kobiety robiące w niej pranie, bydło pojone u brzegów, dzieci dokonujące ekwilibrystycznych skoków do wody ze schodów i tysiące osób pogrążonych w rytualnych ablucjach. Nieopodal rozpoczyna się codzienna ceremonia ku czci któregoś z wielu bóstw.
W mieście znów zabrakło prądu, więc wszystko skrywa się w nocnych ciemnościach. Mój hotel jest blisko którejś ze świątyń, teoretycznie nie powinno się w nim więc sprzedawać alkoholu. Pracownicy czynią jednak do mnie tak porozumiewawcze znaki, że do zakupu piwa czuję się wręcz przymuszony. Siedzę na werandzie, popijam chłodnego Kingfishera i spoglądam na rzekę, bez której nie byłoby tego miasta i nie byłoby mnie na tej werandzie.
Gdy zapada noc i wydaje mi się już, że jestem w Varanasi zupełnie sam, słyszę dzwonki. Trzech ubranych na pomarańczowo sadhu, wędrownych ascetów, permanentnie oderwanych od doczesności, przemierza gęsiego nabrzeże szepcząc nabożne modlitwy. Opierając się o balustradę, przyglądam się im z zaciekawieniem. Naraz w ciemności łypią na mnie białka oczu ostatniego mędrca w szeregu - zmęczone, stare białka, które nigdy nie zetną się w świętym ogniu.
Po chwili mężczyźni znikają w ciemności i jeszcze tylko chwilę zdaje mi się, że Ganges, pochwyciwszy ich modlitwę, powtarza ją cichym echem. Dopijam piwa i szykuję się do spania. Leżąc w łóżku, pod błagającym o prąd, zawieszonym u sufitu wiatrakiem, dochodzę do wniosku, że mam z tym Gangesem coś wspólnego. Nic nas już tutaj nie zdziwi.
A jednak, nazajutrz ze zdziwieniem obserwuję jak na starym autobusie radzieckiej produkcji układane są kolejne i kolejne piętra worków z herbatą. Upewniwszy się, iż w istocie jest to mój pojazd, u ulicznego sprzedawcy kupuję coś do jedzenia. Po długim oczekiwaniu, gdy już się ściemni, a mój autobus zabierze na dach roczną produkcję herbaty z całego kraju, wyruszę na wschód - do Kalkuty. Usadowiwszy się, niczym w jakiejś kliszy, pomiędzy kozą a kurami, szybko zasnę do dźwięków bollywoodzkiej ścieżki dźwiękowej, rzężącej ze starych głośników.
Obudzę się w środku nocy - pośrodku niczego, przekonany że oto nadszedł czas na kolejną z rozlicznych przerw, jakimi raczą podróżnych kierowcy w Indiach. Szybko jednak spostrzegę, że wszyscy pasażerowie skupieni będą wokół lewego tylnego koła pojazdu. Jadący tym samym autobusem Amerykanin zdziwi się, że nie obudził mnie wybuch pękającej opony. Dostrzegę grupę mężczyzn, próbujących reanimować rozszarpane koło, pukając je patykiem. Kiedy zabieg ten nie przyniesie rezultatu, większość osób rozłoży na ziemi koce i położy się spać; kierowca powie mi, że może rano coś po mnie przyjedzie.
Rano zabrzmi dość mgliście, toteż niedługo potem będę jechał stopem "w kierunku" Kalkuty, przy czym "w kierunku" będzie tutaj kluczowe, ponieważ z grupą robotników jadących małym busem nie do końca będę mógł się dogadać - nasz wspólny język obejmie jedynie powtarzane przeze mnie w kółko słowo "Kolkata", na które reagować będą śmiechem, kręceniem głowy, zadziwiająco żywiołową dyskusją.
„W kierunku” będzie musiało mi wystarczyć za dobrą monetę.
Ernest Przemingway
Dziękujemy za lekturę!
Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl


