Dawno temu, po przepracowaniu wielu nocek w fabryce, zabrałem moją dziewczynę na tydzień do Paryża. Mieliśmy malutki pokoik w podłym hotelu, jadaliśmy pizzę, korzystaliśmy z darmowych wstępów do muzeów. Na moście Bir-Hakeim udawałem Brando z "Ostatniego tanga..."; byliśmy w ogóle bardzo młodzi i pretensjonalni, pięknie ubrani chodziliśmy po tym mieście, szukając śladów Morrisona, Millera, Picassa, pijąc nad Sekwaną najtańsze białe wino i siedząc tam do rana, snuliśmy plany o przyszłości. Gdy pewnego razu znalazłem na ulicy duży banknot, usiedliśmy w ładnym miejscu i od razu go wydaliśmy, zostając odrobinę za długo przy zamówionych kieliszkach - i nikt nie przekonałby mnie wtedy, że nie jestem najbogatszym człowiekiem na świecie

Co można jeszcze przeczytać, jeśli ma się ochotę: