Dzień dobry,

niniejszym wydaniem „Ładnych mi rzeczy” kończymy pierwszy kwartał obecności pisma przed Państwa oczami.

Tym samym, zapewniamy mu być może żywot dłuższy niż ten, którym dane było cieszyć się większości blogów, newsletterów i mailowych periodyków. Dlaczego inicjatywy te z reguły są tak krótkotrwałe?

W dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest zacząć produkować treści, i choć paradoksalnie równie łatwo jest je dostarczyć do widzów, trudniej jest ich nimi zainteresować. Zapał zaś autorów bywa różny, najczęściej jednak jest słomiany - ostatecznie dość szybko okazuje się, że contentowa snopowiązałka nie ma czego wiązać, tak od strony widza, jak i autora.

Na tym tle, wejście w drugi kwartał „Ładnych mi rzeczy” czyni z nich periodyk o długiej i ugruntowanej historii. Do „Wyprawy Cyrusa” Ksenofonta brakuje nam wprawdzie bez mała dwóch i pół tysięcy lat, natomiast popularne za granicą pojęcie efektu Lindy tłumaczy, że im dłużej dana rzecz istnieje, tym dłużej ma szansę przetrwać w przyszłości.

Niechaj i tak będzie - do lektury,

Stocktavian August

SPIS TREŚCI:

1/ Gdzie szukać inspiracji produktowych (SA),

2/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),

3/ Czy Hieronim Bosch stosował micro dosing? (MV),

4/ Efekt Augusta - proszę zakazać nowych książek (EP)

Gdzie szukać inspiracji produktowych?

FOMO - z angielskiego fear of missing out, czyli strach przed tym, że się na coś „nie załapiemy” - to psychologiczne zjawisko wywołujące zdenerwowanie, mrowienie, niespokojność nóg. Często kojarzy nam się z giełdą i kupowaniem czegoś na szybko i w nieprzemyślany sposób, w obawie przed tym, że ominą nas silne wzrosty, ale rezerwowanie fomo wyłącznie do rynków finansowych byłoby niczym nieuzasadnione.

Fomo może bowiem tak naprawdę występować wszędzie i nieco wbrew naszej woli „przymuszać” nas do zakupu butów, torebek, kolekcjonerskich kart, abonamentów streamingowych. Owy przymus nie dotyczy nawet tak naprawdę wyłącznie zakupów - może on powodować naszymi wyborami modowymi, towarzyskimi, kulturowymi czy zawodowymi.

Te ostatnie bywają niedawno w sposób szczególny zauważalne. Na większości forów, na których możemy napotkać treści „zawodowe” - czy to będzie linkedin, czy twitter - mamy nieustanną ekspozycję na posty „o robieniu rzeczy”. Ciężko w zasadzie spotkać kogoś, kto nie siedziałby cały dzień przy AI, nie miał uruchomionych 200 agentów jednocześnie, nie budowałby „czegoś”.

Oczywiście, gdybyśmy przeprowadzili śledztwo, wiele tych wpisów okazałaby się jedynie pozoranctwem; całe to budowanie ograniczone jest w przeważającej mierze do budowania swojego wizerunku osoby zapracowanej, a do tego dotrzymującej tempa nowej technologii. Realnych produktów i rzeczy w tym najczęściej nie ma - jest tylko fomo.

Podobnie jednak jak z kupowaniem rzeczy na zapas w pandemii, tak i tutaj zachowania innych wpływają na nasze; wydaje się zatem, że i my powinniśmy jakoś w tym wyścigu uczestniczyć, rozwijać swoje automatyzacje, a po godzinach budować produkty oparte o AI.

Efektem tego akurat fomo jest wysyp całej maści podobnych do siebie, a być może nawet i nieodróżnialnych produktów - asystenci oparci o interfejs komunikatorów, to-do listy, plannerzy postów w social media, aplikacje wspierające produktywność. Rzeczy, w których nie mamy tak naprawdę żadnej przewagi, często nie znamy realnych potrzeb użytkowników, ba, nie wiemy nawet, czy adresujemy jakąkolwiek ich rzeczywistą potrzebę.

Jeśli zatem chcielibyśmy wieczorami rozwijać swój projekt, korzystając z możliwości nowych technologii, brakuje nam zaś pomysłów na ich funkcjonalność, możemy poszukiwać ich na, przykładowo:

→ reddit / wykop - wątki, w których ludzie wprost opisują swoje frustracje, problemy, wyzwania

→ google play / app store - recenzje użytkowników w popularnych appkach, w szczególności te niekorzystne, w których wskazują na brakujące funkcjonalności aplikacji

→ fora branżowe (ogrodnictwo, sektor budowlany, elektroniczny itp) - konkretne problemy osób spoza branży technologicznej

→ portale w rodzaju useme / upwork - w poszukiwaniu powtarzalnych problemów, których rozwiązania ludzie poszukują na zewnątrz swoich firm

Katalog powyższych źródeł jest oczywiście szerszy. Co istotne, sam research można sobie nierzadko zautomatyzować, dostosowując go do konkretnych haseł czy obszarów, którymi chcemy się zajmować - najcenniejsze zaś będą najpewniej problemy powtarzalne, kosztowne i dziś rozwiązywane za pomocą bardzo nieefektywnych obejść.

Stocktavian August

Skrócony Briefing Giełdowy

Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.

Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.

Na rynku w ostatnich tygodniach dzieje się tak wiele, że można w zasadzie przebierać w tematach, które warto by poruszać.

Chcąc zadowolić geopolitycznych entuzjastów, moglibyśmy pisać o losach Indonezji, Egiptu czy Brazylii. Moglibyśmy też skupić się na rynku długu i przeanalizować sposób, w jaki kapitału poszukuje Meta. Wreszcie, czy ktoś obwiniałby nas, gdybyśmy dzisiejsze wydanie poświęcili IPO Anthropic?

Stosunkowo ciekawy jednak był w ostatnich tygodniach sektor neoclouds, który z bardzo nielicznymi wyjątkami, cieszy się od początku roku katastrofalnym wprost wynikiem. Zdaję sobie sprawę, że część Czytelników posiada aktywne pozycje w spółkach tego rodzaju, dlatego też nie będziemy pisać o żadnej z nich indywidualnie.

Jej przyszły kurs akcji jest po pierwsze bowiem dla autora wielką zagadką; po tak ogromnych spadkach, dalsze losy pojedynczych spółek zależeć będą w dużej mierze od bardzo idiosynkratycznych czynników - jak poziom zadłużenia i koszt jego obsługi, trwałość zawartych kontraktów, czy zdolność samych spółek do realizacji powziętych zobowiązań.

Dlatego też napiszemy o ABC, neocloudzie przykładowym, średniej wielkości, który swoje dotychczasowe wysiłki finansował mixem długoterminowego zadłużenia oraz emisji akcji. Część jego biznesu jest już aktywna, wiele jednak długoterminowych przychodów ma być pozyskiwana z dopiero powstających instalacji.

Nasz neocloud podpisał długoterminową umowę z jednym z dużych labów, na ogłoszeniu której jej kurs rok temu, w obiektywnie lepszych czasach, podskoczył o 40%. Na tym wybiciu, neocloudowi udało się upchnąć na rynku sporo własnych akcji i pozyskać nieco środków. Od tego czasu, niestety, kurs spadł o niemal 70% - pomimo tego, że na ostatnim earnings call jej prezes ogłosił podwyższenie cen i wskazał, że nie wynajmują compute on-demand, licząc na uzyskiwanie możliwie największych stawek.

Dlaczego zatem kurs jest tak nisko, a Elon Musk wieszczył wczoraj na twitterze śmierć większości neoclouds, w tym naszego ABC?

Powodów jest kilka:

→ struktura klientów.

Wiele spółek neoclouds obsługuje rzeszę spółek z tzw. „drugiego rzędu” - mniejsze podmioty, których zapotrzebowanie są w stanie dobrze obsłużyć. (Zamówienia hyperscalers są po prostu zbyt duże oraz skomplikowane w obsłudze, dlatego trafiają raczej do SpaceX czy Amazonu). Budżety tego rodzaju spółek zależne są od kolejnych rund finansowania VC; ten zaś ekosystem zależny jest od podtrzymania i dalszego wzrostu wycen największych spółek. (Te zaś w ostatnich dwóch tygodniach rzekomo spadają - Anthropic z 2T do 1.5T)

→ natura długotrwałych zamówień.

Spółka ABC podpisała w ubiegłym roku kontrakt o wartości „aż do 10 mld USD”, nie wiemy jednak, na jak długi okres jest ona zawarta. Niekiedy neoclouds mają umowy w formule „take or pay”, co w teorii oznacza, że całość przychodu nią przewidzianego powinno do nich trafić. Jednakże, w żadnym z powyższych przypadków nie znamy tak naprawdę zasad wypowiadania omawianych umów. W jakich warunkach mogą one być wypowiedziane? Co stanowi w ich zapisach przypadek siły wyższej, który zwolni zamawiającego od opłat? (vide ostatni case Oracle). Tym samym wreszcie nie wiemy, ile z ogłaszanej kwoty tak naprawdę trafi do ABC

→ koszt finansowania.

ABC prowadzi biznes wymagający ponoszenia dużych wydatków przed uzyskaniem odpowiadających im przychodów. Podpisanie umowy z dużym labem jest oczywiście dobrą wiadomością, jednak aby ją wykonać, nasz neocloud musi najpierw pozyskać odpowiednią liczbę GPU, zapewnić im energię, chłodzenie, infrastrukturę sieciową i zmontować to w gotową do pracy instalację. Koszty finansowania wzrastają, słyszymy o obligacjach, których koszt obsługi sięga 15% rocznie. Na pewnym etapie dwie strony tego równania przestaną się spinać, o ile strona podażowa w ogóle będzie dalej przy takiej wysokości dostępna

→ amortyzacja.

To dość popularny temat dyskusji, w twitterowych hot takes zbywany tym, że stare urządzenia wciąż są wynajmowane po atrakcyjnych cenach. Po podobny język w earnings call sięgnął również prezes ABC, niestety, nie mamy pewności, co to w ogóle znaczy. Co jednak szczególnie istotne, wg niedawnego artykułu Business Insider, na rynku, w magazynach, znajduje się ogromna liczba niewykorzystywanych GPU. (Podawano przykład Amazona). Urządzenia „leżą” z różnych przyczyn - nie zawsze istnieje pomysł na ich wykorzystanie, po drugie zaś - brakuje zdolności energetycznej dla ich obsługi. Jeśli urządzenia te w końcu zostaną podłączone - być może w okresie naszej dyskusyjnej amortyzacji - koszt wynajmu starszych urządzeń może spaść

→ zbieg czasu i okoliczności.

Neoclouds były pewnym zakładem - na to, że hyperscalers nie postawią na czas odpowiedniej bazy compute, aby obsłużyć ogromny popyt na moc obliczeniową. O zakładzie tym wciąż swobodnie rozmawiamy, zapominając nieco, że jesteśmy już w 2, 3 roku jego trwania, zaś hyperscalers zaczynają uruchamiać duże pokłady własnych zasobów. Przoduje w tym m. in. SpaceX - nie będący klasycznym neocloudsem, ponieważ jego rozwiązania mogą obsługiwać firmy w bardziej komplementarny sposób, niż tylko dla szeroko rozumianych celów „AI”. Co zatem stanie się z tym nieustannie rozwijanym zapleczem neoclouds, gdy pomost nie będzie dłużej potrzebny, ponieważ bazy wielkich dostawców obsłużą wszystkich lepiej, wiarygodniej i taniej?

Wszystkie powyższe kwestie to oczywiście jedynie pytania, jakie stawia ABC rynek - nie są to pewne scenariusze. Kursy akcji pokazują jednak, że rynek przypisuje im rosnące prawdopodobieństwo.

(Lub też, że następuje po prostu risk off, rotacja do obligacji, ucieczka z bety, delewarowanie itd. itp., a nikt na rynku jak nie rozumiał neoclouds, tak dalej ich nie rozumie, ale już nie bardzo jest nimi zainteresowany).

Stocktavian August

Czy Hieronim Bosch stosował micro dosing?

"[...] o wszystkich sprawach państwa decyduje lud na zgromadzeniach. Lud, który się̨ na niczym nie zna i nie daje się̨ pouczyć́. On jest jak ten przygłuchy i niedowidzący kapitan okrętu. A ci marynarze, którzy się̨ o ster kłócą̨, to mówcy - politycy, zwalczający się̨ wzajem przed forum zgromadzeń́ ludowych; nie przygotowani wcale do rządzenia, ambitni, chciwi, rozpustni, zazdrośni. Usuwają̨ chytrze co najlepszych współzawodników, a lud bałamucą̨ mowami, aby tylko zostać́ u władzy. [...]"

Platon, Państwo, Księga Szósta

's-Hertogenbosch, miasto w dzisiejszej Holandii, nawiedził w 1463 roku dotkliwy pożar. Łunę spowijającą niebo nad tysiącami płonących chat, obserwował podobno nastoletni Hieronim von Aken, szerzej znany jako Bosch, który od urodzenia zamieszkiwał miasteczko.

Mawia się, że ten apokaliptyczny widok w sposób znaczący wpłynął na wyobraźnię późniejszego malarza. (Dziś prawdopodobnie podejrzewalibyśmy go o regularne zażywanie niewielkich ilości lsd). Bosch, który stał się inspiracją dla bardzo wielu artystów - tak późniejszych, jak i jemu współczesnych - sam nie poruszał się w próżni. Choć znany jest przede wszystkim z okazałych tryptyków, ocalały również jego mniejsze prace. Jedną z nich jest stworzony w ostatnich latach piętnastego wieku obraz olejny Statek głupców, który przechowywany jest w Luwrze.

Na swojej pracy malarz przedstawił statek pełen ludzi - grają, ucztują, świetnie się bawią, widzimy talerz z jedzeniem i beczułkę z winem. Jedyne, czego na łajbie próżno szukać, to jakakolwiek załoga, sam zaś statek, pozbawiony żagla, zdaje się dryfować w przypadkowo obieranym kierunku.

Badanie deski, na której namalowano obraz oraz jego symbolika podpowiadają, iż do jego stworzenia zainspirowała Hieronima lektura wydanej w latach dziewięćdziesiątych piętnastego wieku satyry Das Narrenschiff, "statku głupców", Sebastiana Branta.

Powody, dla których Branta zaciekawiła właśnie grupa głupców, mogły być nieoczywiste - stawiając tępaka w roli podmiotu lirycznego, autor mógł powiedzieć w zasadzie wszystko. Praktyka nierozliczania błaznów z wypowiadanych treści, tak powszechna w naszych czasach, nie jest bowiem wcale nowa.

Sam Narrenschiff składa się z ponad setki satyr, na łamach których Brant wprowadza nawet św. Grobiana od głupców, słusznie zauważając chyba, że nie doczekali się go wcześniej, choć swego patrona mają nawet tynkarze czy chorzy na gardło. Być może chciał w ten sposób obśmiać średniowieczną nadpodaż świętych, być może zaś Grobian pełnił rolę deus ex machiny, ułatwiającej korowodowi błaznów przedostawanie się z jednej mistycznej krainy do drugiej.

Na pierwszy rzut oka dzieło Branta to bowiem nic innego jak quasi powieść przygodowa, opisująca perypetie wesołej karawany pomyleńców, zebranych pośród wszystkich klas społecznych. Pływają sobie od krainy do krainy, za cel mając jedynie coś tak prozaicznego, jak poszukiwanie szczęścia.

Zanim dopełni się smutny i nieuchronny los tytułowego statku, jego pasażerowie odwiedzą różne mityczne ziemie, jak np. pełną obfitości kukanię, gdzie nikt nigdy nie zazna głodu ani pragnienia. Te tymczasowe sukcesy załodze udaje się odnosić mimo braku fachowego przewodnictwa, wykwalifikowanych marynarzy ani jasnej wizji co do celu podróży ani sposobu jego osiągnięcia.

Krnąbrni uczestnicy rejsu wierzą raz to jednemu krzykaczowi, raz to drugiemu: "świat chce być oszukiwanym", jak pisze Brant. Wydaje się oczywistym, że Narrenschiff stanowi jedną wielką alegorię. Jest to w dodatku alegoria bardzo stara, bo wygrzewająca swoje metaforyczne kości jeszcze w starożytnych Atenach. Statek wykorzystany został po raz pierwszy przez Platona w księdze szóstej Państwa.

Zabawne może być wyobrażenie sobie Platona, zżymającego się w całej tej swojej mądrości, być może wspólnie z Sokratesem (być może w togach, w gaju oliwnym) jak to ten głupi lud nie chce ich słuchać.

Filozofowie szkoły ateńskiej nie darzyli demokracji wielką estymą. Przyrównywali jej uczestników do skłóconych marynarzy, nie mających pojęcia o technikaliach żeglugi, walczących jednak o stery okrętu, dostęp do nich przedkładając ponad stan statku czy też status wykonalności jego podróży.

Platoński przykład przez całe stulecia, aż po Branta, nie był zauważalnie eksploatowany w kulturze; potem nawiązywał jeszcze do niego Michel Foucault w swojej Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu; zwrócił on tam uwagę, że choć statki tego rodzaju pomijane były przez wieki w literaturze, malarstwie czy rzeźbie, znalazły sobie niszę w niczym innym, jak w rzeczywistości:

"W tym czasie szaleńcom łatwo przypadał los włóczegi. Miasta skore były wypędzać ich poza mury [...]. Oddawano ich często przewoźnikom: Frankfurt w roku 1399 z pomocą marynarzy pozbył się goło paradującego wariata; w pierwszych latach XV wieku w taki sam sposób odesłano obłąkanego zbrodniarza do Moguncji. Zdarzało się, iż marynarze wysadzali swych kłopotliwych pasażerów na ląd wcześniej, niż było umówione [...]. Europejskie miasta nieraz musiały oglądać statki szaleńców wpływające do portu".

Foucault zastanawiał się też, czy być może opieki nie roztaczano jedynie nad szaleńcami lokalnymi, zaś na okręty nie ekspediowano obcych; wysnuwa również dość ciekawą hipotezę, zgodnie z którą "bardzo więc możliwe, iż okręty szaleńców, tak poruszające wyobraźnię u progu renesansu, były statkami pątniczymi, w pełni symbolicznymi statkami obłąkanych, zdążających w nadziei odzyskania rozumu".

"Przeklęci niech będą żeglarze, którzy cię tu przywiedli, zamiast cię wrzucić w morze!", powiada Izolda; wyobrażać sobie można, iż widok statku pełnego szaleńców wywoływał pośród statecznych mieszkańców europejskich portów obawy podobne co na widok normandzkich długich łodzi.

U Branta, pośród pasażerów statku głupców wymieniono alkoholików, hedonistów, kapusiów, skąpców, niechlujów, cudzołożników, niegodziwców, pyszałków, żarłoków, osoby chciwe czy zawistne. W ostatniej i jednocześnie jednej z najbardziej znanych swoich piosenek, Riders on the storm, Jim Morrison śpiewa:

There's a killer on the road / Morderca jest na drodze

His brain is squirmin' like a toad / Mózg wysmażył mu się srodze [...]

If you give this man a ride / Jeśli podwózkę dasz mu małą

Sweet family will die / Wyrąbie ci rodzinkę całą

To właśnie ta obawa przed szaleństwem, przed odmiennością, sprawiała, że głupców, szaleńców, ale i - jak widzimy u Branta - po prostu osoby inne, niedopasowane, preferowano trzymać na odległość.

Obserwując w Luwrze obraz wesołego statku Boscha, podpisanego z francuską nonszalancją (z lekką nutką arogancji) jako "Jerome van Aken", ruszam w końcu dalej korytarzami. Moją uwagę przykuwa jeszcze jeden obraz - Tratwa Meduzy Gericaulta.

Praca prezentuje wydarzenie jakie miało miejsce w 1816 roku u wybrzeży Afryki. Meduza, królewski statek francuski, został owego roku wysłany z misją kolonizacji Senegalu. Statek rozbija się, ocaleni montują tratwę. Szacuje się, że z początku przebywało na niej około 150 osób.

Przez 13 kolejnych dni, podczas których tratwa dryfowała mniej lub bardziej w kierunku wybrzeża, na tratwie dochodziło do dantejskich scen przemocy, rozpaczy i kanibalizmu. Gdy przypadkowy statek natknął się wreszcie na tę prowizoryczną konstrukcję, zliczono jedynie około piętnastu ocalałych - reszta została zjedzona, zmarła z pragnienia lub została wyrzucona za burtę.

Najwyraźniej ten statek nigdy nie miał dopłynąć do brantowskiego raju, przyznać jednak trzeba, że tragedia została przygotowana zawczasu: kapitanem okrętu został niekompetentny człowiek, który nie posiadał ani doświadczenia, ani umiejętności, aby nim dowodzić, zbyt mało było łodzi ratunkowych, zbyt niewiele pożywienia.

Gdy po kilku chwilach ostatecznie wychodzę z muzeum wprost na modną i zabieganą Rue Rivoli, mam delikatne poczucie dyskomfortu. Na statku głupców panowała, było nie było, demokracja.

Marek V.

Efekt Augusta - proszę zakazać nowych książek.

Ilu z Państwa napisało kiedyś książkę? Dobrze, proszę opuścić ręce. No, bo ja napisałem, nawet dwie. Nie nie nie, proszę państwa, ja się nie chwalę, bynajmniej, zresztą, szczerze mówiąc, nie ma czym. Nie zapytałem przecież ilu z Państwa napisało książkę wybitną, lecz napisało, po prostu. Wybitną zaś napisałem tylko jedną.

Mamy obecnie, jak mi się wydaje, pewien problem. Filmowy Ernest Hemingway w filmie „O północy w Paryżu” jest proszony o ocenę książki i bez czytania mówi, że jej nie znosi. Dlaczego? Jeśli jest dobra, nie znosi jej z zazdrości, jeśli zła, nie znosi jej tym bardziej, bo nie znosi złego pisania.

Redaktor Marek V., podczas naszego czwartkowego spotkania towarzyskiego, wspominał mi, że ludzie w coraz większym stopniu wykorzystują te bestialskie maszyny do pisania artykułów, książek oraz wpisów dla czegoś, co nazwał link-inem.

Marek opowiadał mi to przy winie, intensywnie machając rękoma, co robi tym intensywniej, im więcej tego wina wypije; wykrzykiwał, że to jest pełen dunning-kruger efekt, że ci ludzie po prostu nie wiedzą, że to od razu widać, ponieważ nie potrafią ocenić dobrego pisania, a tym samym i zauważyć pisania złego. Tak to ujął - d o b r e g o - pisania.

I kiedy to opowiadał, przypomniał mi się ten filmowy Hemingway ze złym i dobrym pisaniem, a wtedy przypomniał mi się również i ten prawdziwy Hemingway, któremu dużo pracy robił jego redaktor, Max Perkins.

Perkins przedstawiał Ernestowi również prace obiecujących młodych autorów, w tym fragmenty Spójrz ku domowi, aniele Thomasa Wolfe’a. Hemingway uznał to ponoć za niewarte uwagi grafomaństwo, złe pisanie.

Ale, książka została wydana i chyba sprzedawała się dobrze, czym jest więc zdanie jednej osoby. Czy fakt, że artykuły i wpisy pisze ludziom maszyna, a nowe książki wysypują się nam jak z worka (maszyna?), oznacza koniecznie złe pisanie, skoro treści te są przez ludzi czytane, konsumowane, komentowane?

Trudno jest mi jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytanie, choć uważam to za pewną cywilizacyjną klęskę, przegraną bitwę pod Poitiers. Nadchodzi coś nowego, innego, co zastąpi i bezpowrotnie zmieni to, co było.

W tym sensie wspominany na wstępie przez redaktora Stocktaviana efekt Lindy zyskuje intrygujące brzmienie. Fakt, że coś długo trwa wcale nie gwarantuje już niczego, a z pewnością długiego trwania.

Przypomina mi się jedna z lepszych książek, które czytałem - Kantyczka dla Leibowitza - w której przez tysiąclecia przetrwa drewniana rzeźba. Ze stoickim spokojem obserwować będzie zmieniający się świat.

Czy widzi go wciąż tak samo? Chyba nie. Gdybym mógł o coś do Państwa wnioskować, to abyśmy już może przestali pisać nowe rzeczy i dali sobie czas, aby przeczytać te wszystkie książki, jakie zalegają na naszych półkach.

Z każdym rokiem odrobinę się zmieniamy, doświadcza nas to życie, no, nie ma co ukrywać. Być może niektóre książki, które uznawałem za złe pisanie, starszy i bardziej doświadczony, uznam za dobre? Jeśli niektóre książki mam przeczytać jeszcze raz - naprawdę, proszę, nie piszmy już chyba nic nowego. Zwyczajnie, zabraknie nam czasu, aby to wszystko przeczytać.

Kto wie, być może, gdy wezmę coś do ręki ponownie, gdy o czymś na spokojnie pomyślę, gdy wreszcie znajdę czas i będę mógł się porządnie zastanowić - być może wartość tego czegoś dla mnie wzrośnie, bo przez lata zmieniła się moja zdolność do ich rozumienia? Nazwijmy to efektem Augusta; niektóre rzeczy zyskują z czasem na wartości dlatego, że to my dojrzewamy do zobaczenia w nich piękna.

Być może też będę umiał dostrzec dobre pisanie w czymś, co do tej pory wydawało mi się złym pisaniem?

Napisać coś, co może wspólnie z człowiekiem dojrzeć, dać mu na siebie drugą szansę - tak, chyba, to te maszyny pisać nie potrafią.

Ernest Przemingway

Dziękujemy za lekturę!

Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl

Co można jeszcze przeczytać, jeśli ma się ochotę: