Dzień dobry,
„żeglowanie jest koniecznością, życie - nie”. Te słowa miał wypowiedzieć Pompejusz Wielki, wyruszając statkiem w niespokojne morze. Po wielu, wielu latach podróży poprzez miejsca mniej znane i nieszczególnie popularne, red. Ernest Przemingway przypomniał mi je, gdy spacerowaliśmy po Rzymie.
W pierwszej chwili sens jego wypowiedzi nie był dla mnie jasny - to bardzo częste zjawisko, red. Ernest jest zawsze myślami gdzie indziej. Ale, wraz z kolejnymi godzinami, wszystko stawało się dla mnie oczywiste.
Odwiedzane przez nas po bardzo wielu latach (10? 15?) atrakcje nieco się zmieniły. „Maltańska dziurka od klucza”, ciche miejsce na uboczu, obdarzone zostało przez czasy najnowsze godzinną kolejką, której zwieńczeniem była instagramowa sesja każdego z jej uczestników. Fontanna di Trevi zyskała pana z gwizdkiem, przeganiającego osoby chcące zbyt aktywnie odtworzyć znane kadry zdjęciowe.
I tak dalej, i tak dalej. Niczym kulka w pin ballu odbijaliśmy się od miejsc, które chowaliśmy w drogiej pamięci - a co gorsza, nie zrobiliśmy sobie nigdzie pamiątkowego zdjęcia. Nie przynosi to smutku, zawodu ani nawet żalu - obce jest nam zżymanie się na cokolwiek, a już w szczególności na Wieczne Miasto.
Nie sposób jednak nie zadać sobie pytania o naturę relacji pomiędzy prawdziwym, obserwowanym przez nas światem, a fenomenem instagramowego żeglarstwa; chwilowego, nietrwałego pływania przez prawdziwe miejsca, miasta, spotkania, doświadczenia, wydarzenia - które stają się jedynie wodą, utrzymującą na powierzchni wirtualne rzeczywistości.
I jakże aktualnym staje się w tym kontekście fragment przemówienia Davida F. Wallace’a:
Płyną sobie dwie młode rybki i przypadkiem spotykają starszą rybę, płynącą w przeciwnym kierunku. Starsza ryba kiwa im głową i mówi: „Dzień dobry, chłopcy. Jak tam woda?”. Dwie młode rybki płyną dalej jeszcze przez chwilę, aż w końcu jedna spogląda na drugą i pyta:
„Co to, do licha, jest woda?”
Do lektury,
Stocktavian August
SPIS TREŚCI:
1/ Skrócony Briefing Giełdowy (SA),
2/ Czym jest „private credit”? (SA),
3/ Kierunek rozwoju AI (MV + EP).
Skrócony Briefing Giełdowy
Niniejsza formuła stanowi skróconą wersję formatu „Briefingu giełdowego”, znanego z twitterowego profilu SA.
Jak wskazywaliśmy w pierwszym wydaniu - w naszym piśmie nie znajdą Państwo inwestycyjnych gotowców, giełdowych pewniaków ani żadnych stanowczych instrukcji - poniższy format przygotowany został w wierności do tej deklaracji.
Obecny tydzień notowań jest dość specyficzny - pozbawiony poniedziałku (wolne w USA), pozwolił nadać sobie pozorny narracyjny ton poprzez osieroconą wówczas sesję koreańską, co do zasady pozytywną.
Osoby nieco dłużej obserwujące rynki zdają sobie jednak sprawę, że sesje w dniach, kiedy Amerykanie odpoczywają, nie są dobrym prognostykiem czegokolwiek. I rzeczywiście, obecny tydzień okazał się łudząco podobny do poprzedniego, w którym spółki posuwały się to w tę, to w tamtą stronę, bez wyraźnego kierunku - nie podejmując wybić ani momentum.
Najbardziej dostrzegalną obecnie emocją wydaje się być może jeszcze nie ostrożność czy pełen tzw. risk-off (wyprzedawanie spekulacyjnych aktywów), ale z pewnością wstrzemięźliwość. Uczestnicy rynku zwyczajnie obawiają się nieprzejrzystych informacji z konfliktu irańskiego, obserwują rentowności amerykańskiego długu i z niepokojem wypatrują najnowszych danych dot. inflacji, wciąż obstawiając, że mogą one przełożyć się na podwyżkę stóp procentowych w USA.
Z pewnością, w przyjęciu jakiekolwiek postawy względem kolejnych tygodni nie pomaga, hm, nietypowa komunikacja obecnej amerykańskiej administracji oraz najnowsza kampania „wizerunkowa” Anthropic, który straszy nas już nie tylko utratą pracy, ale i powszechną zagładą. (Przypisując jej jednak jedynie „10%” prawdopodobieństwa).
Wydaje się - choć jest to wniosek oparty na bardzo nieprecyzyjnych przesłankach - że rynek pożąda jakiejś formy przecięcia i uzyskania większej pewności, choćby i miałaby ona być dla niego niekorzystna - tak w ramach zbliżających się amerykańskich wyborów, polityki monetarnej tego kraju, jak i prowadzonego przezeń konfliktu.
Dzisiaj warto ze szczególną uwagą obserwować price action na Oracle - które pokazało ciekawe wyniki kwartalne, a wiele osób wróżyło mu „konieczność” odbicia na pozornie dobrej premierze nowego modelu OpenAI. Czy jednak rzeczywiście był on tak dobry, czy też znów mieliśmy do czynienia z wysypem promocyjnych tweetów? Czy w istocie jest on tak niezbędny, skoro otwarte modele depczą mu po piętach w tysiąckrotnie tańszych butach? Odpowiedzi warto poszukiwać być może właśnie na dzisiejszym wykresie spółki, która na powodzeniu OpenAI obstawiła swoją przyszłość.
Stocktavian August
Czym jest private credit?
Czym jest private credit? Instynktownie jest to pojęcie zrozumiałe - oznacza po prostu pożyczkę udzielaną nie przez bank, lecz przez fundusz / instytucję / osobę dysponującą kapitałem przeznaczonym na tego rodzaju finansowanie.
Sam podmiot „pożyczkodawcy” byłby jednak w gruncie rzeczy zmienną dość neutralną i niewystarczającą chyba, aby zjawisko wydzielić do odrębnego koszyka. Istotne są zatem przewagi, jakie dla „pożyczkodawców” private credit może zaoferować:
→ jest to rynek prywatnie negocjowanego długu - oznacza to, że co do zasady nie mają zastosowania procedury tworzone dla masowego odbiorcy, uwzględniające ryzyka regulacyjne itp. Procesem zarządza po prostu zasada swobody umów
→ tym samym, sam dług może zostać przygotowany w sposób odpowiadający dokładnie danej potrzebie, do najmniejszych szczegółów - w zakresie transz, zabezpieczeń, tempa, samej też wysokości finansowania
→ również i kalkulacja ekonomiczna odbywa się na innych zasadach - za dostęp do szybkiego i mniej formalnego finansowania, pożyczkodawca nie tylko może oczekiwać większego wynagrodzenia - strony mogą ułożyć je po prostu według własnych zasad. Tym samym, możliwe jest udzielenie finansowania np. na wyjątkowo krótki okres, gdy pożyczkobiorca potrzebuje „pomostu” do spodziewanych wpływów itp.
W ramach private credit, z reguły istnieje bliższa relacja pomiędzy stronami - pożyczkodawcy mogą uzyskać szereg zabezpieczeń i z reguły ich oczekują. Poza najbardziej klasycznymi, jak weksle, stosowane bywają:
→ zabezpieczenia na majątku pożyczkobiorcy, w przypadku spółek np. na nieruchomościach, aktywach, wpływach
→ tzw. kowenanty, czyli zapisy umowne regulujące sposób działania pożyczkobiorcy w okresie utrzymywania pożyczki - np. limitujące wypłaty ze spółki czy wysokość wynagrodzeń
Private credit jest szczególnie popularny wówczas, gdy dostęp do tradycyjnego finansowania jest utrudniony:
→ w środowisku wysokich stóp procentowych
→ w stosunku do nietypowych, czy bardziej ryzykownych prospektów biznesowych
→ w stosunku do bardzo krótkich, pomostowych wydatków
→ w stosunku do spółek młodych, mniejszych itp., którym brakuje wymaganych przez banki parametrów jakościowych, a które nie mają dostępu do innych źródeł finansowania, takich jak np. obligacje
W ostatnich latach, private credit był szczególnie popularny pośród polskich family offices - niektóre z nich zyskały wysoką biegłość w ocenie zabezpieczeń oraz atrakcyjności prospektów.
Stocktavian August
Kierunek rozwoju AI.
Choć red. Ernest Przemingway nieszczególnie śledzi losy rozwoju sztucznej inteligencji - twierdząc, że może najpierw powinniśmy poczekać, aż rozwinie się ta prawdziwa - niekiedy tworzy prace trafnie wpisujące się w bieżące trwogi i wyzwania cywilizacyjne.
Tak stało się i tym razem, gdy opisał napięcie tworzące się na styku przełomowej, acz prywatnej technologii oraz aparatu państwa.
Marek V.
Wlekli mnie na ten szafot, niemiłosiernie mocno ściskając pod pachami. Zupełnie, jak gdyby napędzani jakimś niezrozumiałym dla mnie fetyszyzmem, chcieli wywołać u mnie łaskotki. I to w tak wielce podniosłej chwili, jaką dla każdego z nas byłaby własna egzekucja!
Nasłuchałem się wcześniej, żeby udawać bezwładnego. W ten sposób można podobno utrudnić im pracę: miast jedynie pilnować, żeby się nie uciekło, muszą ciebie wtedy wlec przez cały ten długi korytarz. Sęk w tym, że jakoś nie czułem się na utrudnianie sprawy. Chciałem możliwie jak najszybciej mieć to za sobą.
W efekcie cała droga odbyła się bez teatralnych okrzyków i uderzeń w kraty dokonywanych przez współwięźniów. Chyba czuli do mnie trochę żal, że nie odegrałem dla nich umówionego programu rozrywkowego. Zapewne, gdyby nie okoliczności, groziliby mi śmiercią! Wcześniej groźby takie słyszałem nawet wówczas, gdy odłożyłem książkę na złą półkę w więziennej bibliotece. Muszę przyznać, że groźby śmierci na oddziale skazańców brzmią dość osobliwie. Nic to.
Szybko minęliśmy cele, jeszcze tylko korytarzyk, ostatnie mignięcie zarośniętej gęby w lustrze i już jestem na hali z szubienicą, barwnie udekorowaną na cześć wszechwładnego systemu w różne kokardki, flagi tudzież portrety.
Wokół szubienicy nie zgromadziły się znane z przekazów telewizyjnych rodziny ofiar, które mogłyby mnie lżyć czy obrzucać mnie ziemniakami. Ale też i ja nie byłem typowym więźniem. Nikogo przecież nie zabiłem, nie zgwałciłem, nie poszatkowałem ani nie zbałamuciłem.
Zostałem skazany z artykułu siódmego Nowego Kodeksu Karnego - zwanego tak dlatego, że teraz wszystko było "nowe", "lepsze" czy "właściwe". Tym nowy porządek różnił się od starego porządku - obrzydliwego i godnego pogardy; porządku sprzed Qawy.
Qawa, zbawczyni rodzaju ludzkiego, nadeszła całkiem niespodziewanie. Podczas gdy w telewizji i w radio zwyczajowo mówiono o nieistotnych sprawach, doktor D’Ario pracował w zaciszu swego górskiego laboratorium nad wynalazkiem, który - nomen omen - spędzał mu sen z powiek.
Z dnia na dzień jego tabletka, bałwochwalczo nazwana Qawą, zawładnęła wszystkimi nagłówkami gazet i wyobraźnią ludzką. Pierwsze próby, podejmowane przez niczego nie bojących się tępaków, dowodziły pełnej skuteczności środka.
Doktor D’Ario pozwolił nam nie spać. Nie spać nie przez dzień, dwa czy tydzień - nie spać permanentnie. Odrzucić ten bezproduktywny wymóg regeneracji organizmu. Nastawione na efektywność i pieniądze społeczeństwo doznawało naprzemiennych orgazmów i spazmów. Uczyniło to z doktora miliardera i potężnego człowieka; jako jedyny znał bowiem formułę tabletki.
Wkrótce po wprowadzeniu specyfiku do obrotu, doszło do wydłużenia dobowego czasu pracy z ośmiu do dwunastu godzin. Przedłużono go później do godzin osiemnastu; okazało się bowiem, że ludzie nie wiedzą, co począć z taką ilością otrzymanego czasu. Nie rozwiązało to jednak wszystkich problemów - przebudowy wymagało całe społeczeństwo.
Nieliczne dotąd sklepy całodobowe zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Przeformatowano ramówkę telewizyjną tak, by pudło dało się oglądać o każdej porze dnia i nocy; producenci pościeli, kołder i łóżek musieli zmienić branżę. Do sporej rangi urósł problem spożywania alkoholu; ludzie pozbawili się czasu, w którym procenty metabolizowane były najefektywniej. W konsekwencji zakazano ich spożycia.
Z czasem relacje międzyludzkie zaczęły powoli przystosowywać się do zmienionego świata. Doktor D’Ario otrzymał nagrodę Nobla i wszelkie inne naukowe statuetki, jakie można sobie wyobrazić. To chyba właśnie wtedy władza powoli zaczęła dawać o sobie znać.
Najpierw były jakieś nieśmiałe komunikaty, których nawet najwytrawniejsi analitycy polityczni nie zakwalifikowali - jak się później okazało - w sposób właściwy. Za niestosowne uważano już mówienie "noc sylwestrowa", zniknęło pojęcie ciszy nocnej, zaś na ulicach pojawiła się stała, dość wysoka liczba policjantów. To ostatnie tłumaczono koniecznością uzupełnienia składów patrolowych, które wcześniej były nocą znacznie okrojone.
Publicznie napominano też doktora D’Arię, tłumacząc mu, że jako osoba tak znacząca dla rozwoju ludzkości nie powinien toczyć życia utracjusza. Ten niczego sobie z napomnień nie robił; zbyt zaślepiony był pieniędzmi i miłością młodych bogiń, które teraz mogły mu towarzyszyć bez zmęczenia całą dobę.
Jakiż zdziwiony musiał być owego pamiętnego dnia, kiedy do siedziby Qawa Corporation wtargnęli uzbrojeni funkcjonariusze, za nimi zaś masa mężczyzn w białych kitlach. Władza zdecydowała się na nacjonalizację zakładów, tłumacząc to niemożliwością uzależniania produkcji skarbu ludzkości od zachcianek playboya.
Według państwowej telewizji (innej już nie było) doktor D’Ario popełnił wówczas samobójstwo.
Przeciętny obserwator zapyta, co ja mam z tym wszystkim wspólnego. Spieszę donieść. Otóż równolegle z szałem na Qawę objawili się ludzie - do których i ja należałem - którzy na całe to cholerstwo nie mieli najmniejszej ochoty. Chcieliśmy się po prostu wyspać. Śnić o dalekich krajach i niezdobytych miłościach. Chcieliśmy móc posłuchać Maanamu (ta NOC do innych jest niepodobna!), tańczyć godzinami, a potem, bez wieczornego prysznica, odespać to w miękkiej pościeli. Wstać na dźwięk budzika, przeklinając na czym świat stoi i udać się zaspanym do pracy - na cholerne osiem godzin, a nie na pieprzone osiemnaście!
Mieliśmy co robić z czasem, a jego przesypianie nie było dla nas marnotrawstwem. Przyznam, że niełatwo było nam dostosować się do nowych zasad gry. Staraliśmy się jednak sobie jakoś radzić - np. pracując na pół etatu. Szukaliśmy takich jak my, żeby wspomóc się radą, wymienić doświadczeniami. Inni patrzyli na nas jak na kuriozum; wyśmiewano nasz oddech o poranku, nasze wory pod oczami, i złośliwie wydzwaniano nam od rana domofonem.
Raz nawet do moich drzwi zapukała japońska telewizja, chcąc przygotować reportaż o "śpiących". Tak bowiem zaczęto nas wówczas określać. Początkowo było to niegroźne; znak "S" jaki nam przypisano kojarzył mi się nawet trochę z superbohaterami, toteż przyjąłem go z rozbawieniem. Do czasu!
Pewnego dnia „nasz” znak wyryto nożem na moich drzwiach wejściowych. Dla efektu podkreślono go czerwoną farbą. Innym razem ktoś podpalił moje suszące się na sznurze prześcieradło. Nie musiało minąć wiele czasu, aby sprawy całkowicie wymknęły się spod kontroli. Zaczęto przypisywać nam stały zestaw: rzezie niemowląt i gromadzenie światowych zapasów złota. Zastanawiałem się tylko, kiedy miałbym to wszystko robić. Statystycznie miałem przecież o jedną trzecią czasu mniej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent obywateli.
No cóż, obrót wypadków nie spowalniał. Było wręcz przeciwnie. W skrzynce na listy znalazłem martwego chomika owiniętego opaską na oczy. Jedną z tych, które kiedyś rozdawano w samolotach, co by się lepiej drzemało (używania tego słowa oficjalnie zakazano w 2027 r.). Wówczas stwierdziłem, że pora na zmianę mieszkania.
Zarabiałem bardzo niewiele, więc stać mnie było jedynie na suterenę w niedobrej dzielnicy na obrzeżach miasta. Fatalnie tam się spało - nieustający hałas i brak możliwości powoływania się wobec sąsiadów na ciszę nocną. Raz - kiedy odruchowo zadzwoniłem na policję, chcąc zgłosić tego rodzaju sprawę, chciano wysłać po mnie patrol prewencyjny - jakoś udało mi się to odkręcić.
Jednego razu jakaś wariatka ubrana w koszulkę z nadrukiem leniwca włamała się do studia TV, próbując przemówić wszystkim do rozsądku. Wtedy władza postanowiła na poważnie zająć się tematem. W trybie ekspresowym uchwalono Nowy Kodeks Karny. W artykule siódmym przewidywał on karę śmierci dla każdego "śpiącego". W tym czasie Qawa była już podawana na oddziałach dla noworodków, w szkołach, w zakładach pracy, również w domach spokojnej starości. Swojego zapasu nie mogłem nawet sprzedawać na czarnym rynku, władza bowiem rozdawała Qawę każdemu, według rejestrowanych przydziałów.
Wpadłem pewnego poranka, po suto zakrapianej imprezie z nielicznymi znajomymi, jacy mi pozostali. Jako jeden z ostatnich ludzi rozumiałem jeszcze znaczenie "poniedziałku rano". Budzik (dzieciaki dzisiaj nie wiedzą co to jest!) grzmiał jak oszalały. Założyłem garnitur, wsiadłem na rower i potoczyłem się do pracy, poprzez to smutne, szare i nudne miasto. Wytrzymałem poranną odprawę. Wytrzymałem wklepywanie pierwszych danych o dziennym spożyciu produkowanych przez moją firmę produktów. Odpadłem na zebraniu dotyczącym kwartalnych zmian w strukturze wieku naszych klientów. Najzwyczajniej, zupełnie staroświecko, zasnąłem jak suseł.
Jak dowiedziałem się podczas procesu, zacząłem wówczas też obrzydliwie chrapać; wywołało to obrzydzenie wśród damskiej części ławy przysięgłych. Podobno tym zachowaniem przypominałem im ich mężów sprzed Qawy.
I tak stoję sobie teraz na tej zapadni, ze sznurem ciasno oplecionym wokół szyi. Zupełnie jak u fryzjera, gdy pelerynka zaciągnięta jest zbyt mocno wokół szyi i nieprzyjemnie uciska grdykę. I tak jak u fryzjera, nie odezwę się ani słowem; zawsze byłem trochę introwertyczny.
Jestem tak senny, że chyba zaraz zasnę.
Ernest Przemingway
Dziękujemy za lekturę!
Jeżeli czytasz ten tekst, ponieważ podesłał go Tobie mailem ktoś inny, na kolejne wydania zapisać możesz się pod adresem: ladnemirzeczy.pl


